niedziela, 19 lutego 2017

Szaleństwa "postępu"

Mary Wagner
Dowiedziałem się kilka dni temu, że francuski rząd przyjął ostatecznie nową ustawę zakazującą pod sankcją karną szerzenia w Internecie, na przykład na portalach bądź stronach internetowych, informacji, które mogłyby odwieść kobiety od zabicia dziecka poczętego. Nie mogłem w tę wiadomość uwierzyć.  Myślałem, że to może tzw. fake news. Ale wiadomość została potwierdzona w kilku źródłach. I ręce mi opadły. Wiedziałem, że tego typu przekonywanie kobiet zamierzających dokonać aborcji, aby tego czynu zaniechały, już od pewnego czasu było we Francji traktowane jako przestępstwo, za które można było zostać ukaranym. Już to wydawało mi się absolutnie niczym nieuzasadnionym pogwałceniem wolności wypowiedzi. Tymczasem nowa ustawa jeszcze bardziej zaostrzyła obowiązujące przepisy prawne. Teraz kara za to „przestępstwo” to 2 lata więzienia i grzywna w wysokości 30 tysięcy Euro! Po tym jak Rada Stanu, która jest najwyższym organem sądownictwa administracyjnego we Francji, zakazała niedawno emisji reklamy z uśmiechniętymi dziećmi z zespołem Downa, gdyż takie wyrażanie szczęścia mogłoby, zdaniem sędziów, „naruszyć spokój sumienia kobiet, które legalnie dokonały innych osobistych wyborów”, to kolejny już przygnębiający przykład na to, jak daleko Francja, zwana kiedyś Najstarszą Córą Kościoła, odeszła od Ewangelii i stała się jednym z najbardziej nieprzyjaznych krajów dla ludzi, którzy uważają, że dziecko w łonie matki posiada niezbywalne prawo do życia. To, co  najbardziej szokuje w ostatniej decyzji władz francuskich, to nawet nie sama penalizacja działań uświadamiających, czym jest aborcja, lecz fakt, że ten zakaz jest drastycznym zakwestionowaniem wolności słowa, ponieważ oznacza, ni mniej, ni więcej, bezwzględne ocenzurowanie obrońców życia, tym samym faktyczne wykluczenie ich z debaty publicznej. Wiadomo, że chodzi przede wszystkim o katolickich działaczy pro-Life. To, co się dzieje we Francji, ten galopujący tzw. postęp, jest jednak zjawiskiem szerszym, bo dotyka całą Europę, która przestaje być kontynentem chrześcijańskim. Brak powołań, zamykane i burzone kościoły, uwiąd intelektualny i degrengolada moralna elit, ofensywa prymitywnej kontrkultury hołdującej niskim gustom, terror poprawności politycznej – wszystko to pokazuję skalę duchowego upadku zachodnich społeczeństw. Na tle takich krajów jak Francja, Niemcy, Holandia czy Hiszpania nasz kraj jawi się wciąż jako ostoja ewangelicznych wartości. Niektórym marzyłby się również i u nas taki arogancki tryumf laicyzmu, z jakim mamy do czynienia w wyżej wymienionych krajach, ciągle jednak, ludzie wierzący w Polsce, ojczyźnie Jana Pawła II, stawiają temu opór. Ale można odnieść wrażenie, że determinacja w obronie chrześcijańskich wartości z roku na rok jest jakby coraz słabsza. Ilu z nas wspiera sprawę obrony życia, chodząc chociażby na marsze organizowane przez ruchy pro-Life? Kiedy niedawno pojawiła się propozycja objęcia prawną ochroną wszystkie dzieci, organizacje proaborcyjne podniosły histeryczne larum i zorganizowały akcję społeczną pod nazwą „czarny poniedziałek”. Adekwatnej odpowiedzi ze strony środowisk katolickich nie było. Inną sprawą jest to, że ochrona życia nie może się ograniczać jedynie do odpowiedniego zapisu w Konstytucji czy Kodeksie Karnym. Chodzi o takie działania, które realnie będą służyły obronie życia tych najsłabszych istot ludzkich. Wśród takich działań na pierwszym miejscu wymieniłbym świadczenie konkretnej pomocy matkom oczekującym potomstwa. Choćby z konfesjonału wiem, że żadna normalna kobieta, z wyjątkiem tych najbardziej zdemoralizowanych, niemal pozbawionych sumienia, nie decyduje się na dokonanie aborcji ot tak – zupełnie dobrowolnie i bez powodu, jedynie dla kaprysu. Za taką decyzją kryje się najczęściej jakiś ogromny lęk, uczucie osamotnienia, presja otoczenia, w szczególności męża. Za grzech aborcji częściej o wiele bardziej bywa odpowiedzialne otoczenie kobiety niż ona sama. Na drugim miejscu wśród działań służących obronie życia nienarodzonych wskazałbym akcje uświadamiające, czym jest aborcja. Dyskusje na temat przerywania ciąży, które się przetoczyły przez nasz kraj w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, sprawiły, że nie ma dziś w Polsce niemal nikogo, kto widziałby w zabijaniu dzieci nienarodzonych coś dobrego. Ciągle jednak wielu ludzi nie ma świadomości, czym w gruncie rzeczy jest aborcja. Pamiętam, że gdy byłem uczniem pierwszej klasy technikum, a było to już ponad 35 lat temu (!), pewnego dnia pani pedagog, w porozumieniu z naszą wychowawczynią, wyświetliła nam film ukazujący sam przebieg zabiegu usunięcia ciąży. Film był pozbawiony komentarza redaktorskiego, nie miał też ścieżki dźwiękowej, a i tak zrobił na nas ogromne wrażenie. Szczególnie ostatnia scena, gdy lekarz, który wykonywał aborcję metodą rozkawałkowywania małego ciałka dziecka, wyjął na koniec główkę tego dziecka oderwaną od tułowia. Kadr został wówczas zatrzymany. Patrzyliśmy wszyscy poruszeni na tę główkę umieszczoną w szczypcach chirurgicznych. Do dziś pamiętam ten widok. Wtedy po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że aborcja nie jest zwykłym zabiegiem usunięcia jakiegoś tam zlepka tkanek, jak chcą go widzieć feministki, lecz jest zabiciem człowieka, i to bezbronnego, niewinnego, w miejscu, w którym powinno czuć się bezpieczne, a które może stać się dla niego śmiertelną pułapką. Nawet film Natansona „Niemy krzyk” nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Wszyscy wtedy byliśmy pod wrażeniem tego, co zobaczyliśmy. Nie wiem, dlaczego pani pedagog i nasza wychowawczyni zafundowali nam ten seans, bo nigdy później nie dały się poznać jako zwolenniczki postawy pro-Life. Nawet nie wiem, czy były osobami wierzącymi i praktykującymi. Gdyby powtórzyły to dziś we Francji, na mocy nowego prawa mogłyby trafić do więzienia. Jest już zresztą taki kraj, w którym obrońców życia wsadza się do więzienia za to, że próbują uświadamiać kobiety zamierzające zabić swe dziecko, że dokonują złego wyboru. Takim krajem jest Kanada, a częstym bywalcem kanadyjskich więzień z powodu działalności pro-Life jest Mary Wagner, która wbrew sądowym zakazom, odwiedza kliniki aborcyjne, by nakłaniać kobiety do zmiany ich decyzji. Jestem pełen podziwu dla tej heroicznej niewiasty, bo sam nie mam w sobie tyle odwagi i determinacji, by w taki bądź podobny sposób bronić wyznawanych przeze mnie wartości. Ale co do jednego jestem pewny. Gdyby to ode mnie zależało, to do listy uczynków miłosierdzia co do ciała dodałbym jeszcze ten: „Życie dzieci nienarodzonych chronić!”. 

piątek, 17 lutego 2017

Boże i ludzkie

"Zejdź Mi z oczu, szatanie!"
Pobudziła mnie do intensywnego myślenia wczorajsza Ewangelia, a szczególnie ostre upomnienie skierowane przez Jezusa pod adresem Piotra: „Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo myślisz o tym, co ludzkie, a nie o tym, co Boże”. Ktoś mógłby zinterpretować te słowa jako mające wydźwięk antyhumanistyczny. Co jest złego w tym, że my ludzie myślimy o tym, co ludzkie? Wydaje mi się, że problem z interpretacją słów Jezusa pojawia się wówczas, gdy to, co ludzkie, przeciwstawimy temu, co Boskie, jakby chodziło o dwie rzeczywistości istniejące obok siebie. Tak właśnie rozumieli relację Bóg – świat myśliciele Oświecenia reprezentujący nurt zwany deizmem, według których Bóg istnieje poza tym, co należy do tego świata. W konsekwencji jest też nieobecny w tym, co ludzkie. Jeśli więc przyjmie się taki dychotomiczny podział na to, co czysto ludzkie, i na to, co wyłącznie Boskie, to wówczas wynika z tego prosty wniosek: zmierzać ku temu co Boże, można tylko pod warunkiem, że porzuci się to, co ludzkie, skoro Bóg istnieje poza tym światem. W ten sposób, jak twierdził Marks, religia prowadzi do alienacji człowieka, najpierw w myśleniu, a potem w działaniu. Myśląc o Bogu istniejącym gdzieś w niebie, stajemy się bierni w sprawach odnoszących się do życia ludzkiego na ziemi. Dlatego zarówno ateiści, jak i deiści  głoszą pogląd, że aby zająć się tym, co ludzkie, należy porzucić to, co Boskie. Według nich bowiem mamy do czynienia z dychotomią, którą w języku logiki nazywa się alternatywą wykluczającą: albo-albo. Albo wybierasz to, co ludzkie, albo to, co Boskie. Albo myślisz o tym, co Boże, albo o tym, co ludzkie. Albo angażujesz się w przemianę tego świata, albo czekasz z założonymi rękami na lepsze życie w przyszłym świecie. Tertium non datum. Jednak ta alternatywa jest fałszywa. Nie ma radykalnego oddzielenia tego, co ludzkie od tego, co Boskie. Transcendencja Boga nie oznacza bynajmniej Jego nieobecności w tym świecie, przeciwnie, jak pisał św. Paweł, „w Bogu poruszamy się, żyjemy, jesteśmy”. Dotykamy tu tego przymiotu Boga, który filozofia nazywa immanencją. Jesteśmy nieustannie zanurzeni w Bogu, ale jednocześnie On przenika nas swoją obecnością. Uleganiem szatańskiej pokusie (szatan zawsze chce nas oddzielić od Boga) jest myślenie o nas, o naszym ziemskim życiu w oderwaniu do Boga, od naszego zakotwiczenia w Nim, które ma nie tylko wymiar naturalny, ale i nadprzyrodzony. Dopiero więc, gdy zwracamy się ku Boskiemu centrum naszej egzystencji, możemy podjąć prawdziwą refleksję o człowieku. Wówczas myślenie o tym, co ludzkie, będzie zarazem myśleniem o tym, co Boże, ponieważ nasze człowieczeństwo jest swego rodzaju epifanią Boga. Człowieka nie można bowiem zrozumieć bez Boga, skoro został stworzony na Jego obraz i podobieństwo. Miał rację Terencjusz, gdy mówił, że nic co ludzkie nie może być nam ludziom obce, ale my chrześcijanie musimy maksymę Terencjusza uzupełnić: nic co ludzkie nie jest nam obce, pod warunkiem jednak, że nie żyjemy tak, jakby Bóg nie istniał, ponieważ Jego istnienie jest źródłem naszej bytowości, naszej ludzkiej godności, bo wieź z Nim zapewnia nam to, że nie pobłądzimy w naszym myśleniu, że nie będzie to tylko ludzkie myślenie. Tylko perspektywa teologiczna umożliwia pełną i dogłębną aprobatę tego, co ludzkie. Inaczej mówiąc, prawdziwy humanizm może być tylko teocentryczny. Wbrew takim myślicielom jak Jean Paul Sartre czy Karol Marks, którzy uważali, że afirmacja Boga nieuchronnie prowadzi do negacji człowieka, prawdziwa jest inna implikacja: to zakwestionowanie Boga prowadzi do pomniejszenia wartości człowieczeństwa. Historia pokazała, że bezbożne, czysto laickie myślenie, tak charakterystyczne dla propagatorów świeckiego humanizmu, prowadzi w konsekwencji do powstania nieludzkich ideologii i systemów sprawowania władzy. I tak oto „ludzkie”, czyli bez-Bożne, przekształca się ostatecznie w antyludzkie.

wtorek, 14 lutego 2017

Żebrak i klaun

Søren Kierkegaard, duński filozof, prekursor egzystencjalizmu, w swoim dziele Albo-albo przytacza pewną anegdotę. Oto do pewnej wioski przyjeżdża wędrowny cyrk. Artyści rozbijają namiot tuż poza wioską i przygotowują się do występu. Nagle w obozowisku wybucha pożar. Dyrektor cyrku wysyła klauna, już uszminkowanego i ubranego w swój charakterystyczny strój, do wsi po pomoc, również dlatego, że ogień może rozprzestrzenić się po ściernikach, które pozostały po niedawnych żniwach, i dotrzeć do wioski. Klaun biegnie i prosi mieszkańców, aby pospieszyli z pomocą. Wieśniacy jednak nie wierzą mu, uważając, że jego nawoływania to sposób na przyciągnięcie jak największej liczby widzów na przedstawienie. Klaszczą więc i zaśmiewają się do łez, jednak nie ruszają się z miejsca. Na próżno klaun błaga, tłumaczy, że wcale nie udaje, że mówi im o czymś rzeczywistym i poważnym. Jego wysiłki wywołują kolejne salwy śmiechu. Ludzie uważają po prostu, że klaun świetnie gra swoją rolę. W końcu jest za późno – ogień trawi nie tylko cyrk, ale i wieś. Do tej anegdoty nawiązał we Wprowadzeniu w chrześcijaństwo kard. Josef Ratzinger, późniejszy papież Benedykt XVI. Powołując się na interpretację Harvey’a Coxa, zawartą w jego znanej książce The Secular City, utożsamia on klauna z nauczycielem teologii. Teolog – według Ratzingera – to ktoś, kto usiłuje mówić o rzeczywistości duchowej, nadprzyrodzonej, lecz współcześni nie biorą go na poważnie. A jeśli nawet go słuchają, to czynią to z dużą dawką sceptycyzmu. Myślę, że powiastkę duńskiego filozofa można interpretować znacznie szerzej, bo bardzo szeroki jest zakres osób, które mogą wystąpić w roli klauna apelującego do ludzi, by podjęli działania, które w ostatecznym rozrachunku uratują ich samych przed zagładą. Klaunem z anegdoty Kierkegaarda jest chociażby każdy, kto usiłuje przekonać ludzi żyjących na tym świecie, że sens ich ziemskiej egzystencji wykracza dalece poza horyzont doczesności i że źle czynią, gdy żyją tak, jakby Bóg nie istniał. Wielu nie traktuje go poważnie. Jego słowa są ignorowane lub bagatelizowane. Czasami nawet wywołują gwałtowny sprzeciw. Również Jezus doświadczył podobnego odrzucenia i niewiary ze strony swoich słuchaczy. Na przykład wtedy, gdy mówił im o tym, że tylko spożywanie Jego ciała i krwi jest gwarantem życia wiecznego. Niewielu Mu wówczas uwierzyło: „Twarda jest ta mowa. Któż jej może słuchać!” – rzekli w odpowiedzi na słowa Mistrza z Nazaretu. I odeszli od Niego jeden po drugim. Byli wśród nich także niektórzy Jego uczniowie! Podobne doświadczenie stało się udziałem św. Pawła, gdy przebywając w Atenach, postanowił pewnego dnia przekonać ludzi zebranych na Areopagu do tego, by stali się chrześcijanami. „Posłuchamy Cię innym razem” – powiedzieli do niego obecni na zgromadzeniu Grecy, gdy tylko usłyszeli o zmartwychwstaniu. Czyż w naszych czasach losu klauna nie podzielił w jakimś wymiarze Jan Paweł II? Czy naprawdę słuchaliśmy Go, gdy do nas przemawiał? Czy daliśmy mu posłuch jako naród? Jako Kościół? Podobne pytania można postawić w odniesieniu do osoby i posługi jednego z największych współczesnych teologów – papieża Benedykta XVI. Za przykład sprzeciwu wobec jego nauczania może posłużyć chociażby reakcja światowej opinii publicznej na wykład papieski wygłoszony w Ratyzbonie w dniu 12 września 2006 roku. Ileż w tej reakcji było lekceważenia i wrogości! Co się kryje za tego typu negacją przepowiadania współczesnych proroków? Skąd opór wobec ich słów? Sądzę, że głównym powodem jest po prostu zwykła religijna obojętność, która sprawia, że wszelki teologiczny dyskurs odbierany jest jako nieciekawy i nużący. Innym razem jest to skutek owego Weberowskiego „odczarowania świata”, które uśmierca w ludziach wrażliwość na „magiczny” wymiar rzeczywistości. Dochodzę czasami do wniosku, że moje własne doświadczenie, oczywiście przy zachowaniu odpowiednich proporcji, jest nieco podobne do tych opisanych wyżej. Zdarzają się bowiem takie chwile w moim życiu, gdy wydaje mi się, że to, co mówię lub to, co piszę, jest kierowaniem słów w próżnię. Owszem, często dzieje się tak, że otacza mnie większe lub mniejsze grono słuchaczy, choćby podczas niedzielnych Mszy świętych, które odprawiam w moim kościele parafialnym, niektórzy też zajrzeli do jednej z moich książek, jeszcze inni od czasu do czasu przeczytają to, co napiszę na blogu, ale chyba dla niewielu ma to jakieś znaczenie. Nie twierdzę, że spotykam się tylko z samą obojętnością, przeciwnie, informacje zwrotne, które niekiedy otrzymuję od moich słuchaczy, przekonują, że nie zawsze ten mój trud głoszenia słowa jest daremny, jednak często odnoszę wrażenie, że to, co staram się przekazać innym, nie wywołuje w nich zbyt dużego rezonansu. Różne są tego powody. Być może to moje „mówienie” jest za mało autentyczne, za mało osobiste. Może zbyt wyuczone, skażone duchem swoistej liturgicznej teatralności lub teologicznej poprawności? Z pewnością bywa bardzo nieporadne co do formy. Zapewne często też miałkie w treści i powierzchowne. A przede wszystkim dotknięte jedną podstawową wadą – nie jest wzmocnione świadectwem osobistego życia. W każdym razie uświadomiłem sobie jakiś czas temu, że kierkegaardowska relacja klaun – mieszkańcy wioski nie jest w odniesieniu do moich relacji prostą dychotomią: ten, kto obdarzony jest wiedzą – ci, którzy są jej pozbawieni. Oświecony i nieoświeceni! Ja sam przecież wciąż jestem w drodze, jak inni, wciąż płynący w chyboczącej się łódce Kościoła po wzburzonym oceanie niepewności. Zmagający się z wątpliwościami. Zbyt wiele sytuacji w moim życiu pokazało mi, że moje ręce są puste, gdy nie napełni je Ktoś inny. Że jestem jedynie glinianym naczyniem. Że sam mogę być co najwyżej żebrakiem, który jest posłany do innych żebraków, by powiedzieć im z przekonaniem, że znalazł Kogoś, kto rozdaje chleb za darmo, choć nie zawsze on sam z tego korzysta. Chleb prawdy. Chleb miłości. Chleb życia. Tylko tyle. Aż tyle! 

środa, 8 lutego 2017

Kurs Przedmałżeński

Wczoraj odbyło się pierwsze spotkanie w ramach wiosennego cyklu Kursu Przedmałżeńskiego. Bierze w nim udział 11 par narzeczonych. Wszyscy zamierzają wziąć ślub jeszcze w tym roku. Moje zdziwienie wzbudził fakt, że tylko jedna para jest z mojej parafii. Będę więc prowadził kurs głównie dla nie swoich parafian. Ten fakt zasadniczo nie ma dla mnie znaczenia, bo w Kościele wszyscy stanowią jedną rodzinę niezależnie od miejsca zamieszkania. Uczestnicy kursu, którzy wzięli udział we wczorajszym spotkaniu, robią dobre wrażenie. Słuchają uważnie. Czy biorą sobie do serca to, co jest im mówione, tego nie wiem, ale odniosłem wrażenie, że są dosyć otwarci, choć jeszcze nieco skrępowani, jakby niepewni tego, co ich czeka. Usiłowałem przekonać ich do tego, by duchowe przygotowanie do zawarcia sakramentu małżeństwa, nie było dla nich czymś drugorzędnym. Wiadomo, że najwięcej czasu i energii (a także pieniędzy) narzeczeni tracą na przygotowania do wesela. Tymczasem nawet najbardziej udana uroczystość weselna nie zapewni nowożeńcom małżeńskiego i rodzinnego szczęścia. Znam, niestety, niemałą liczbę osób rozwiedzionych, których wesela miały imponujący rozmach. Lecz co z tego? „Cóż z tego – mówi Jezus w Ewangelii – jeśli nawet cały świat zyskasz, a na duszy szkodę ponosisz?”. Najważniejsze jest, aby życie małżeńskie było udane. Zależy to przede wszystkim od tego, czy będzie budowane na mocnym fundamencie wartości duchowych. Dobre małżeństwa i rodziny, które znam od lat, dlatego są dobre, bo starają żyć łaską sakramentu małżeństwa. Wyraża się to w praktykowaniu wspólnej modlitwy, wspólnym uczestniczeniu w niedzielnej Eucharystii, częstej spowiedzi. Niektórzy biorą udział w spotkaniu wspólnot małżeńskich i rodzinnych. Szkoda, że moi poprzedni kursanci nie odpowiedzieli na zaproszenie do udziału w takich spotkaniach. Jestem przekonany, że dziś, gdy w naszym społeczeństwie dominuje anonimowość i indywidualizm, gdy kultura hołduje niskim gustom, gdy w mass mediach propaguje się antywartości negujące chrześcijańską cywilizację, dobre środowisko daje oparcie i umocnienie, chroniąc jednocześnie przed egoistycznym zamknięciem się w sobie. Starałem się przekonać uczestników kursu, że warto naprawdę zaprosić Jezusa do tej łodzi, na której w dniu ślubu odbiją od brzegu i wypłyną na głębię. Jego obecność jest gwarancją pokoju i szczęścia. Nie pieniądze, nie dom czy mieszkanie. On powiedział „Beze Mnie nic uczynić nie możecie”. Te słowa odnoszą się przede wszystkim do miłości, także miłości małżeńskiej, która winna być miłością bezwarunkową i bezinteresowną. Tylko Jezus do takiej miłości nas uzdalnia. Dzieje się tak w myśl zasady: „z kim się zadajesz, takim się stajesz”. W tych małżeństwach, w których małżonkowie nie zadają się z Bogiem, w których jest on właściwie nieobecny, bardzo szybko triumfuje egoizm; w konsekwencji dochodzi do niezgody, konfliktów i różnych form niewierności. Tam natomiast, gdzie Bóg jest obecny, tam dojrzewają owoce Ducha, które w Liście do Galatów wymienia św. Paweł: „miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie”. Nie wiem, rzecz jasna, czy moi słuchacze dadzą się przekonać, by wejść na drogę głębokiej przyjaźni z Jezusem. Mam jednak nadzieję, że także dzięki tym naszym spotkaniom dobre pragnienia zrodzą się w ich sercach i będą stale motywować ich do wysiłku budowania dobrych, szczęśliwych, bo prawdziwie chrześcijańskich  małżeństw i rodzin. 

wtorek, 7 lutego 2017

Dar kobiet

Spotkania kolędowe mogą być inspirujące i budujące. Przekonałem się o tym wczoraj, gdy w ramach zaproszeń indywidualnych odwiedziłem parafiankę, która wychowuje niepełnosprawnego syna. Jest to bardzo inteligentna i miła osoba. Niestety, w tej chwili opiekuje się swym synem sama, z pomocą swojej mamy, ponieważ jej mąż jakiś czas temu zdezerterował, tzn. porzucił żonę i dziecko, uzasadniając swoją decyzję prawem do szczęścia. Nie pierwszy raz słyszę podobną historię. Kiedy potrzebny jest trud, poświęcenie, wyrzeczenie, wówczas wielu mężczyzn nie umie stanąć na wysokości zadania. Choć powinni otaczać opieką swoje rodziny, być oparciem dla swoich żon, dla swoich dzieci, nie wywiązują się z tego obowiązku, a nawet stają się nierzadko dodatkowym obciążeniem, zwłaszcza wtedy, gdy nie porzucili „zabawowego” trybu życia, gdy sięgają po używki, zwłaszcza po alkohol, gdy uważają, że życie powinno być względnie łatwe i przyjemne. Nasiąkają takim nastawieniem i myśleniem już w dzieciństwie i młodości. Można wskazać wiele przykładów takich zachowań, a nawet pasji, które rozwijane w nadmiarze prowadzą do niedorozwoju osobowościowego i trwałego infantylizmu. Mnie osobiście przeraża skala uzależnień młodych chłopców od gier komputerowych. W efekcie lawinowo zwiększa się nam w społeczeństwie liczba mężczyzn niedorozwiniętych emocjonalnie i społecznie. Gdy większość czasu spędza się nie wśród osób, lecz przed maszyną, jaką jest komputer, nawet jeśli interaktywność programów i gier jest coraz większa, to trudno wówczas nauczyć się budowania prawidłowych relacji międzyludzkich, trudno stać się człowiekiem, który jest w stanie podjąć odpowiedzialność za innych. Mężczyźni nazywani są silną płcią, jednak, wobec trudności i życiowych wyzwań, to kobiety znacznie częściej okazują się być silniejsze, wytrwalsze, gotowe do poświęceń. Takich kobiet jest w mojej parafii wiele. Większość z nich, zmuszona do stawienia czoła przeciwnościom, czerpie swą siłę z wiary. Szczerze je podziwiam. Bez przesady można chyba powiedzieć, że to one są prawdziwą solą ziemi” i światłością świata. Oczywiście, znam też wielu wspaniałych facetów, dojrzałych, odpowiedzialnych, dobrze wychowanych, zaangażowanych w życie rodzinne, odnoszę jednak wrażenie, że są oni coraz bardziej „towarem” deficytowym. Dowodem na to jest chociażby ogromna liczba wartościowych dziewcząt, które świetnie nadają się do pełnienia roli mamy i żony, nie mogą jednak znaleźć kandydatów na dobrych mężów i ojców. Wiele z nich stoi zresztą przed dramatycznym dylematem: czy związać się z kimś, kto okazuje im zainteresowanie, lecz jego niedojrzała osobowość, z wyraźnymi deficytami, z zaburzoną przez materializm hierarchią wartości, budzi poważny niepokój o trwałość związku, czy też zaakceptować życie w samotności, która bez wątpienia jest trudna, ale przynajmniej nie naraża na ryzyko przeżycia takich rozczarowań, jakich doświadcza obecnie moja wczorajsza rozmówczyni. Gwoli ścisłości muszę dodać, że także wiele młodych dziewczyn zmierza w stronę niedojrzałości i nieodpowiedzialności. Przekonałem się o tym jakiś czas temu, gdy mijałem na ulicy grupę uczennic z pobliskiego gimnazjum. Prawie wszystkie paliły papierosy, a ilość wulgaryzmów, które się z siebie wyrzucały w trakcie konwersacji, zawstydziłaby nie jednego „stacza” pod budką z piwem. Nie mniej jednak ufam, że wciąż jeszcze „ludzi  dobrej woli jest więcej” i „że ten świat nie zginie dzięki nim, a z pewnością dzięki takim wspaniałym kobietom, jak ta, którą wczoraj mogłem bliżej poznać podczas dodatkowego spotkania kolędowego.