Tymczasem postawa uczniów jest inna. Gdy widzą, że zgromadzeni ludzie są
głodni, proszą Jezusa, aby ich odprawił – by mogli sami o siebie zadbać i
zaradzić swoim potrzebom. Jezus jednak odpowiada: „Wy dajcie im jeść!”.
To symboliczna scena. Jezus mówi w niej do każdego z nas: „Podnieś oczy!
Przestań skupiać się wyłącznie na sobie i własnych potrzebach. Zobacz, ile
głodu jest wokół ciebie”. Każdy dzień daje nam mnóstwo okazji, by kogoś
nakarmić – dobrym słowem, uśmiechem czy innym gestem życzliwości. Być może sami
nie posiadamy wiele, ale warto umieć dzielić się z tymi, którzy mają jeszcze
mniej. Może i my borykamy się z kłopotami, ale inni dźwigają nieraz znacznie
większe ciężary.
Chrześcijanin to ktoś, kto ma dobre serce i potrafi tę dobroć wyrażać w
najprostszych odruchach. Jestem przekonany, że taką właśnie osobą była śp. pani
Zofia Wielądek, którą dzisiaj, podczas Mszy pogrzebowej, razem z ks. Łukaszem
Piotrowskim i ze wszystkimi jej uczestnikami powierzałem Bożemu miłosierdziu.
Kiedy ponad jedenaście lat temu przyszedłem do parafii św. Marka jako
proboszcz, nie znałem tu nikogo. Bardzo szybko jednak poznałem panią Zosię i
równie szybko doświadczyłem jej dobroci, która najczęściej objawiała się w
uśmiechu oraz przyjaznym, ciepłym słowie. Gdy przychodziła do zakrystii, często
brała mnie za rękę i mówiła: „Księże – a nawet księżulku – kochany…”. Chętnie
dzieliła się swoimi przeżyciami, czasem trudnymi, zwłaszcza w ostatnim czasie.
Nigdy przy tym nie była natrętna ani absorbująca; w jej postawie nie było ani
krzty roszczeniowości.
W końcowym etapie życia ciężko chorowała, ale nie narzekała. Czasami, gdy
opowiadała nieco dłużej o swoich dolegliwościach, po chwili przerywała z
pokorą: „Ale nie ma co narzekać. Będzie, co Bóg da. Niech się dzieje Jego
wola”.
Nie ukrywam, że będzie mi brakować jej obecności. Także tych spotkań w jej
domu. Bardzo ceniłem sobie owe wspólne kolacje, na które zapraszała mnie wraz ze
swoim mężem, panem Janem. Spotkanie z ludźmi tak otwartymi i życzliwymi zawsze
daje nam, księżom, nowe siły.
Z tych rozmów wyniosłem też obraz pani Zosi jako osoby głęboko kochającej
Ojczyznę. Często wyrażała troskę o jej losy. Bolało ją, że tak wielu rodaków
odrzuca wartości będące fundamentem naszej narodowej tożsamości, jednak w tym
bólu nigdy nie była zacietrzewiona czy napastliwa. Zamiast tego mówiła o
modlitwie – modliła się za tych, którzy zaniedbują, a niekiedy wręcz niszczą
duchowe dziedzictwo kraju.
Przejmowała się losem najbliższych, ale pamiętała też o nas, duszpasterzach.
Miałem szczególne miejsce w jej modlitwie. „Modlę się za ciebie, księże
kochany” – tak często powtarzała. Z tych spotkań zawsze wychodziłem umocniony,
a na dodatek obdarowany różnymi wiktuałami. To cecha ludzi prawdziwie dobrych:
potrafią dzielić się tym, co mają, i czynią to z radością, niosąc w sercu słowa
Pana, że „więcej szczęścia jest w dawaniu, aniżeli w braniu”. Szkoda,
przynajmniej takie odnoszę wrażenie, że takich ludzi, tak prostych i dobrych zarazem, jest coraz mniej na świecie.
Wierzę, a właściwie jestem pewien, że pani Zosia – w nagrodę za swoje dobre
serce – doświadcza teraz pełni szczęścia, będącego owocem wiecznego
zjednoczenia z Bogiem. Droga Pani Zosiu, odpoczywaj w pokoju!
.jpg)