środa, 19 lipca 2017

Wizyta z Wietnamu

Hao i jego siostry: Ngoc, Phuong, Nguyet
Wczorajszy wieczór spędziłem w gronie grupy moich serdecznych przyjaciół. Wśród nich byli również Iwona i Hao Pham, którym swego czasu poświęciłem fragment książki „Dotknięcie Boga”. Okazją do tego miłego spotkania był przyjazd na ślub Kingi, która jest córką Iwony i Hao, trzech sióstr Hao z Wietnamu. Hao wiele razy opowiadał mi o swoich siostrach. W jego głosie można było wówczas wyczuć delikatną nutę tęsknoty i pewien rodzaj uznania dlatego, kim są obecnie jego siostry. Te rodzinne opowieści za każdym razem budziły we mnie pragnienie, by poznać kiedyś je osobiście. Wczorajsza kolacja pozwoliła to pragnienie spełnić. Siostry robią bardzo dobre wrażenie. Wszystkie trzy mają wyższe wykształcenie (dwie są nauczycielkami w liceum, a jedna pracuje w banku), są inteligentne, a jednocześnie skromne i bardzo serdeczne. Od razu je polubiłem, choć bezpośrednia komunikacja między nami nie była możliwa. Nie znam ich języka, a one mojego. Na szczęście Hao dobrze wywiązywał się z roli tłumacza. Wśród tematów naszej konwersacji, która toczyła się zresztą w szerszym gronie, pojawiły się również tematy religijne, związane z wiarą katolicką. Siostry interesowały się nawet tak trudnymi zagadnieniami teologicznymi jak kwestia Eucharystii. Sądzę, że głównym powodem zaciekawienia tymi tematami jest fakt, że kilka lat temu Hao został katolikiem. Byłem zresztą tym, który udzielił mu sakramentu chrztu. Nic więc dziwnego, że jego siostry, które same chrześcijankami nie są, wykazują zainteresowanie jego nowym duchowym domem, jakim stał się dla niego Kościół Katolicki. Kontakt z tymi uroczymi kobietami zrodził we mnie dzisiaj pewną refleksję nad słynną maksymą: extra Ecclesiam salus nulla („Poza Kościołem nie ma zbawienia”), sformułowaną w drugiej połowie III wieku przez św. Cypriana, biskupa Kartaginy. Maksymy tej nie rozumie się już w Kościele na sposób ekskluzywny, a więc ograniczający zbawienie tylko i wyłącznie do katolików. Kościół uczy obecnie, że wszyscy ludzie, jeśli tylko żyją w zgodzie ze swoim sumieniem i starają się być dobrymi ludźmi, mogą być zbawieni, bo w pewien sposób wszyscy należą do wielkiej rodziny dzieci Bożych odkupionych najdroższą krwią Chrystusa. Zarówno Hao, jak i jego siostry są dobrymi ludźmi, bardzo życzliwie nastawionymi do drugiego człowieka. Myślę, że jest to przede wszystkim owoc dobrego wychowania, które otrzymali od swoich rodziców, o których Hao zawsze mówi z wielkim szacunkiem i wdzięcznością. Wedle innej chrześcijańskiej maksymy „łaska Boża buduje na naturze” (Gratia supponit naturam). Jeśli więc chodzi o zasady moralne i ich przestrzeganie, o naturalne usposobienie charakteru, o takie cechy osobowości jak skromność, serdeczność, otwartość na innych, pracowitość, uczciwość, to odniosłem wrażenie, że moje nowe znajome z Wietnamu posiadają je w stopniu o wiele większym niż jeden ochrzczony członek Kościoła. Kto wie, może i ich natura spotka się kiedyś z Łaską, jak to się stało w przypadku ich brata, dzięki czemu mogłyby poznać pełną prawdę o Bogu, którą objawił o Nim Jezus Chrystus, ale nawet jeśli tak się nie stanie, to i tak wiem, że gdy trafię kiedyś do nieba, o ile miłosierdzie Boże na to pozwoli, to jest wielce prawdopodobne, że spotkam tam również trzy sympatyczne Wietnamki, które wczoraj dano mi było poznać nieco bliżej. 

niedziela, 16 kwietnia 2017

Skierowani ku wieczności

Twórcy austriackiej szkoły ekonomii, wśród których najważniejszą rolę odegrał bez wątpienia Ludwik von Mises, wprowadzili swego czasu do dyskursu ekonomicznego nową, specjalną kategorię tzw. preferencji czasowej. Jest to pojęcie, które, z grubsza rzecz ujmując, określa stopień naszego zorientowania na to, co jest teraz i na to, co będzie w przyszłości. Jeśli nasza preferencja czasowa jest mocno skierowana ku teraźniejszości, to wówczas dominuje w nas pragnienie jak najszybszej konsumpcji dóbr, które są dostępne tu i teraz. Jeśli natomiast jest skierowana ku przyszłości, to wówczas jesteśmy w stanie ograniczyć bieżącą konsumpcję na rzecz konsumpcji wyższych dóbr osiągalnych w czasie przyszłym. Każdy z nas ma swoją własną preferencję czasową – jest wychylony albo bardziej ku teraźniejszości albo bardziej ku przyszłości. Hans Hermann Hoppe, niemiecki filozof, zwolennik libertarianizmu, w książce Demokracja  bóg który zawiódł twierdzi, że bezpośredni wpływ na preferencję czasową ludzi ma przede wszystkim czynnik biologiczny, a mianowicie wiek człowieka. Według niego dziecko woli dobra teraźniejsze od dóbr przyszłych, gdyż prawie w ogóle nie ma ono poczucia czasu. Jego horyzont czasowy jest bardzo krótki. Żyje tylko chwilą obecną. Gdy chce coś mieć, to pragnie posiąść to natychmiast. Niecierpliwie się tego domaga. Nie posiada ono prawie w ogóle tej cechy charakteru, którą św. Tomasz z Akwinu określa jako longanimitas, czyli „długomyślność”, dlatego rodzicom trudno jest niekiedy wytłumaczyć swemu dziecku, że musi na coś dłużej poczekać. W miarę jednak jak dziecko dojrzewa i staje się osobą dorosłą, jego preferencja czasowa się zmienia, pojawia się w efekcie większe wychylenie ku przyszłości, gdyż człowiek dorosły ma już poczucie czasu, a jego horyzont czasowy bardzo się wydłuża. Pojawia się w nim wówczas motywacja do oszczędzania i do długoterminowego inwestowania. Można, oczywiście, wskazać również na inne czynniki, które w różnym natężeniu wpływają na naszą preferencję czasową, a więc na to, czy jesteśmy wychyleni bardziej w kierunku teraźniejszości czy bardziej ku przyszłości. Należą do nich: nasz statut materialny, posiadanie rodziny, nasza wizja szczęścia lub nasze rozumienie tego, co powszechnie nazywa się sukcesem itd. Wśród czynników wpływających na naszą preferencję czasową jest również i taki, którego nie zauważyli albo raczej nie docenili zwolennicy austriackiej szkoły ekonomii. Ma on swoje pierwotne źródło w fakcie opisanym przez Ewangelistów  w fakcie pustego grobu Jezusa. Tym czynnikiem jest zatem wiara w zmartwychwstanie i, w konsekwencji, w życie wieczne. Bo, jak pisał św. Paweł, jeśli Chrystus zmartwychwstał, to i my zmartwychwstaniemy. Po zwycięstwie Jezusa nad śmiercią horyzont czasowy chrześcijanina wydłuża się aż do nieskończoności. Życie na ziemi staje się dla niego jedynie dość krótkim wstępem do wieczności. Niestety, w szybkim tempie przybywa dzisiaj ludzi niewierzących w życie wieczne, a w każdym razie rośnie liczba ludzi żyjących tak, jakby w życie wieczne nie wierzyli, jakby nie wierzyli w zmartwychwstanie Jezusa, jakby nie wierzyli w to, że trzeciego dnia po śmierci Jezusa, Jego uczniowie nie znaleźli Jego ciała w grobie. Preferencja czasowa ludzi żyjących tak, jakby Chrystus nie zmartwychwstał, jest ograniczona jedynie do tego, co przemijalne. Ich horyzont czasowy nie wykracza poza życie doczesne. Jest na to, niestety, wiele dowodów. Tymczasem Chrystus naprawdę zmartwychwstał! Ten niezwykły fakt winien nadawać naszemu życiu nowy głębszy sens. W świetle zmartwychwstania Jezusa nasze życie na ziemi powinno być przede wszystkim udaną inwestycją w życie wieczne.

środa, 5 kwietnia 2017

Bóg nie chce śmierci grzesznika

Jan Matejko: Wskrzeszenie Łazarza
Często gdy w kościele podczas liturgii odczytywane są słowa Ewangelii o tym, jak Jezus przywraca do życia swego przyjaciela Łazarza, przychodzi mi na myśl scena opisana w powieści Zbrodnia i Kara, której autorem jest znakomity pisarz rosyjski Fiodor Dostojewski. W scenie tej jedna z głównych postaci powieści Sonia Marmieładow podczas spotkania z Rodionem Raskolnikowem odczytuje mu właśnie ten fragment napisanej przez św. Jana Ewangelii. Słowa tego tekstu Sonia odczytuje bardzo emocjonalnie, ponieważ odbiera je jako skierowane do siebie. Ona sama jest osobą głęboko wierzącą, ale jednocześnie uwikłaną w grzech, ponieważ z powodów ekonomicznych jest zmuszona uprawiać prostytucję. Czytany przez nią fragment Ewangelii budzi w niej silne przeświadczenie, że i dla niej jest nadzieja nowego życia, nadzieja odrodzenia. Sonia, wiedząc, że Raskolnikow po popełnieniu podwójnego morderstwa jest dręczony strasznym poczuciem winy, które przywiodło go niemal na skraj obłędu, pragnie, aby i on dostrzegł, że opowiadanie o wskrzeszeniu Łazarza jest orędziem miłosierdzia i nadziei zaadresowanym również do niego. Pragnie, aby uwierzył w dobroć Boga, którego łaskawość jest zawsze większa od naszej grzeszności. I rzeczywiście, spotkanie z Sonią, w czasie którego Rodion słucha słów Ewangelii o wskrzeszeniu Łazarza staje się dla niego początkiem procesu nawrócenia, impulsem prowadzącym do głębokiej, duchowej przemiany, która po pewnym czasie znajdzie wyraz w przyznaniu się do winy, w głębokiej skrusze i pokucie. Życie Rodiona Raskolnikowa opisane w powieści Dostojewskiego ma wymiar symbolu. Historia Kościoła to w niemałym wymiarze historia niekiedy bardzo spektakularnych duchowych wskrzeszeń, historia grzeszników, którzy byli bardzo głęboko pogrążeni w śmierci duchowej i moralnej, a potem mocą łaski Bożej zostali przywróceni do życia. Było ich wielu: Szaweł z Tarsu, Clayton Anthony Fountain, Claude Newman, Aleksander Serenelli, Bernard Nathanson, Jacques Fesch itd. To także historia każdego z nas. Nasze sumienia nie są zapewne obciążone takimi zbrodniami, jakich dopuścili się wyżej wymienieni „wskrzeszeni”, lecz przecież nie jeden już raz, przede wszystkim  w sakramencie pokuty, Bóg przywracał nam pełnię życia w łasce. To, czego On od nas oczekuje, to jedynie niestawianie oporu mocy Jego Miłosierdzia. W 1867 roku Jan Matejko namalował obraz zatytułowany Wskrzeszenie Łazarza. Bezpośrednim bodźcem do powstanie tego dzieła była śmierć jego szwagra, czyli brata żony Teodory, a także jego serdecznego przyjaciela, księdza Stanisława Giebułtowskiego. Śmierć tego młodego jeszcze kapłana, uczestnika Powstania Styczniowego, miała miejsce w mieszkaniu Matejków przy ulicy Krupniczej w Warszawie dnia 13 kwietnia 1866 roku. Poprzedziła ją trwająca wiele dni agonia. Matejko bardzo przeżył śmierć swojego przyjaciela. Długo nie mógł się z nią pogodzić. Na obrazie Łazarz ma właśnie rysy twarzy księdza Giebułtowskiego. W centrum malowidła znajduje się Chrystus, który wyciąga prawą rękę. Jest ona jednak skierowana nie w stronę Łazarza, lecz w stronę tych, którzy oglądają obraz. Jezus wydaje się zwracać bezpośrednio do nas. Z jego postaci emanuje Boska moc. Jakby chciał powiedzieć do każdego z nas: „Poddaj się Mojej mocy, a będziesz żył”.