czwartek, 26 listopada 2020

Aborcja - zbrodnia metafizyczna

Nowożytny niemiecki filozof i matematyk Gottfried Wilhelm Leibniz sformułował kiedyś następujące pytanie: Dlaczego istnieje raczej coś niż nic? Dotyka ono niezwykle intrygującego zagadnienia, które wielu myślicieli uważało za jedną z najbardziej fundamentalnych i frapujących kwestii filozoficznych. W sposób szczególny odnosi się ono do ludzkiej egzystencji. Dlaczego istniejemy? Mogłoby by nas przecież nie być, a jednak jesteśmy! To jest fakt, który w każdym z nas powinien budzić głębokie metafizyczne zdumienie. Jan Paweł II w poemacie Tryptyk rzymski zachęcał, by się zdumiewać prostymi faktami. Nie ulega wątpliwości, że takim faktem jest nasze bycie w świecie. W Księdze Rodzaju, w opisie stworzenia, za każdym razem, gdy Bóg stwarzał nowe byty, patrzył na nie z upodobaniem, bo widział, że są dobre. W oczach Bożych każdy byt jest dobry! Dobre jest nade wszystko każde ludzkie istnienie, dlatego też trzeba je bezwzględnie chronić, bo jest wartością samą w sobie. Trzeba bronić je przede wszystkim przed tym, co mu zagraża zarówno w wymiarze fizycznym, jak i w wymiarze duchowym. Filozof Martin Heidegger mówił, że każdy z nas winien być pasterzem swojego istnienia, to znaczy, że każdy z nas winien podejmować takie działania, które to istnienie będą wznosić na wyższy poziom bytowania. Metafizyka klasyczna uwypukla ontyczną godność naszego ziemskiego bytowania, ale teologia chrześcijańska mówi nam coś więcej, mówi nam bowiem, że jesteśmy powołani do „niebiańskiego” sposobu istnienia: „Jeszcze się nie objawiło kim będziemy, bo ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało co Bóg przygotował swoim wybranym” (1 Kor 2,9). Nasza ziemska egzystencja jest zatem preludium do naszego istnienia w wieczności. Czy jesteśmy jednak wdzięczni za dar naszego istnienia? Czy, przynajmniej od czasu do czasu, podejmujemy refleksję nad tym, w jaki sposób tym darem się posługujemy w naszej codzienności? Jest to bowiem dar, z którym nierozerwalnie wiąże się zobowiązanie do tego, by z niego mądrze korzystać. Możemy przecież iść przez życie w diametralnie różnych kierunkach. Pisał o tym między innymi Giovanni Pico della Mirandola w swoim dziele
Oratio de hominis dignitate. Według niego człowiek jest jedyną istotą na ziemi, która jest obdarzona wolnością i dlatego ma przed sobą dwie drogi: może schodzić w dół albo wspinać się w górę. Może się umniejszać się w swym istnieniu albo w nim wzrastać. Aby jednak zrobić dobry użytek ze swego istnienia, trzeba najpierw mieć świadomość jego bezcennej wartości. Tylko wtedy zrodzi się w nas pragnienie, by z determinacją, a jeśli trzeba z odwagą i poświęceniem, chronić je przed tym, co grozi jego stopniową degradacją. Chronimy je zaś najbardziej wówczas, gdy bronimy prymatu istnienia nad działaniem. Metafizyka chrześcijańska, zgodnie ze scholastyczną formułą agere sequitur esse, podkreśla, że działanie zawsze wynika z istnienia, że jest wtórne wobec istnienia. Tymczasem dzisiaj dominuje zupełnie inna perspektywa. Jest to perspektywa radykalnie pragmatyczna. Ci, którzy takiej optyce ulegają, twierdzą, że w ocenie wartości człowieka liczy się przede wszystkim jego działanie, jego praktyczne umiejętności, to, co potrafi osiągnąć, co jest w stanie wytworzyć. Wiele razy boleśnie mogli przekonać się o tym chociażby ci wszyscy, których podanie o pracę zostało odrzucone z powodu zbyt ubogiego CV, bo, zdaniem pracodawcy, nie zawierało ono wystarczających dowodów na ich wysokorozwinięte umiejętności operatywne. Na mocy tej pragmatycznej i silnie utylitarystycznej perspektywy ludzie, którzy z różnych powodów i często bez własnej winy są ograniczeni w swoim działaniu, jak na przykład ludzie starzy lub osoby niepełnosprawne, są traktowani jako mało lub zgoła nic nie warci. Co więcej, takie osoby uważa się za zbędny, uciążliwy balast społeczny, gdyż utrudniają one tym silnym, zdrowym i w pełni sprawnym ich samorealizację, są kłopotliwą przeszkodą na ich drodze do sukcesu i do radosnego korzystania z życia. To dlatego Hitler mógł postulować, żeby takie osoby eliminować. To właśnie ta perspektywa sprawia, że broni się dziś takich praktyk jak eutanazja czy aborcja. Bo czym dziecko w łonie matki jest w stanie się wykazać? Nic jeszcze nie może zrobić, dlatego niektórzy uważają, że jego istnienie ma nikłą wartość, bo nie może się przejawić w żadnym działaniu przynoszącym wymierne korzyści. A jeśli na dodatek badania prenatalne pokażą, że urodzi się ono z poważnymi wadami rozwojowymi, to tym bardziej zwolennicy aborcji będą skłonni widzieć w takim dziecku istnienie pozbawione wartości. Świat, w którym dziś żyjemy, bardzo często ocenia nas przez pryzmat naszego działania, a dokładniej przez pryzmat naszych zdolności i osiągnięć. I kiedy jesteśmy ograniczeni w naszej aktywności, to prędzej czy później spotkamy się z jakąś formą odrzucenia, nieakceptacji, dezaprobaty. To jest dzisiaj problem bardzo wielu ludzi, którzy cierpią wewnętrznie, właśnie dlatego, że głosi się prymat działania nad istnieniem, że nasza kultura jest tak bardzo pragmatyczna, a tak mało kontemplacyjna, a przez tak bardzo niezdolna do zachwytu nad cudem istnienia. A tymczasem już z samego tylko faktu, że zaistnieliśmy, że jesteśmy, tu i teraz, wynika nasze prawo do bezwarunkowej miłości ze strony innych ludzi. Nasze istnienie jest dowodem na Miłość, bo to Miłość powołała nas do istnienia i właśnie dlatego mamy prawo domagać się, by inni szanowali naszą godność – przez sam prosty fakt, że jesteśmy. Wszystko, co Bóg powołał do istnienia, jest dobre, a więc jeśli jest dobre, to zasługuje na przyjęcie. Nawet jeśli istnienie drugiego człowieka jest naznaczone jakimś brakiem, jakąś fizyczną czy psychiczną skazą, to tym samym nie przestaje być ono dobre, godne akceptacji. W takim wypadku akceptacja ta winna przyjąć konkretne formy pomocy i troski. Słowa św. Pawła „jeden drugiego brzemiona noście” można interpretować również metafizycznie, jako wezwanie do wzajemnej pomocy, aby nasze istnienie było pełniejsze. Aborcja, czyli odebranie życia nienarodzonemu dziecku, jest nie tylko wykroczeniem moralnym, lecz nade wszystko jest niczym nieusprawiedliwioną zbrodnią metafizyczną! 

piątek, 30 października 2020

Pro-choice czy pro-life?

Jedna z moich parafianek, nie zgadzając się z ostatnim orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego, który orzekł, że przesłanka eugeniczna do dokonania aborcji jest niezgodna z Konstytucją RP, napisała w mailu wysłanym na adres parafii, między innymi takie słowa: „Bóg dał nam wolną wolę. Niech nikt nam jej nie zabiera”. Takich głosów jest więcej. Pod jednym z wpisów, jaki pewien znajomy ksiądz zamieścił na swoim profilu facebookowym, ukazał się taki oto komentarz: 

Czy Kościół nie powinien pokazywać dobrą drogę a nie narzucać swoje przekonania? Czy kościół nie powinien dawać wybór? Adam i Ewa dokonali wyboru, błędnego, ale mieli wybór. Czemu kobiety teraz nie mogą mieć wyboru? Błędnego lub nie, ale wyboru. Pojawia mi się pełno takich pytań i szukam odpowiedzi. 

Cóż, obawiam się, choć bardzo chciałbym się mylić, że obie te opinie reprezentują poglądy, które podziela znaczna część, jeśli nie większość, uczestników ożywionej debaty publicznej wywołanej niedawnym orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego. Mam tu na myśli, rzecz jasna, cywilizowane formy prowadzenia tej debaty na różnych forach, głównie internetowych, a nie agresywne, wulgarne manifestacje uczestników tzw. Strajku Kobiet. Poglądy te dobitnie świadczą o tym, że osoby, które je manifestują, nie rozumieją, niestety, na czym polega ludzka wolność. Wolność dana człowiekowi to faktycznie cenny i piękny dar, lecz stale trzeba pamiętać o tym, że nie jest ona absolutna, bo, czy tego chcemy, czy nie, podlega wielu różnym restrykcjom. Jednym z jej najbardziej podstawowych ograniczeń jest prawo, zarówno to naturalne, zapodmiotowane w naszej niezmiennej naturze, jak i to stanowione przez ludzi, które w sposób szczegółowy reguluje stosunki społeczne. Oczywiście człowiek może użyć swojej wolności po to, żeby czynić zło, ale wtedy musi liczyć się z negatywnymi konsekwencjami takiego wyboru, w niektórych sytuacjach także z konsekwencjami prawnymi. Czy, na przykład, przepisy ruchu drogowego ograniczają naszą wolność, czy nie? Czy narzucają coś naszej woli, czy nie? Oczywiście, że tak. Lecz czy fakt, że takie przepisy są uchwalane, jest negowaniem naszej wolności, jej odbieraniem, czy też raczej jest sposobem chronienia nas przed destrukcyjnymi skutkami jej złego użycia? Co by się stało, gdyby użytkownicy ruchu drogowego, wszyscy albo jakaś ich znacząca część, zaczęli postępować w myśl anarchistycznej zasady „róbta, co chceta”? Wszyscy wiemy, że mielibyśmy wówczas do czynienia z niewyobrażalnym chaosem, niosącym ogromne zagrożenia dla życia i zdrowia ludzkiego. A zatem – jesteśmy wolni, ale to nie znaczy, że wszystko nam wolno. Czy wolno nam odebrać życie drugiemu człowiekowi w sytuacji, gdy nie stanowi on żadnego zagrożenia dla naszej egzystencji, poza tym, że jego istnienie może uczynić tę naszą egzystencję mniej komfortową, obfitującą w różne niedogodności, naznaczoną koniecznością wielu wyrzeczeń? Czy wolno nam w imię takich egoistycznych racji odebrać życie bezbronnemu dziecku? Czy wolno to czynić, tylko dlatego, że jest ono chore i samo nie może się bronić przed agresją tych, którzy chcą je uśmiercić, uzasadniając to pragnienie subiektywnym mniemaniem, że dokonują w ten sposób wyboru mniejszego zła? Wielu uważa, że jest to wyłączna prerogatywa biologicznych rodziców tego dziecka, że tylko oni mają prawo decydować, czy takie dziecko ma się urodzić, czy też może być uśmiercone. Kościół, odwołując się do powszechnej obowiązywalności norm prawa naturalnego i do poglądu, że dziecko w łonie matki jest odrębną istotą ludzką będącą podmiotem niezbywalnych praw, w tym prawa do życia, stoi na stanowisku, że nikt nie ma prawa do zabicia dziecka nienarodzonego i że prawo stanowione powinno chronić życie ludzkie w sposób bezwzględny. Parafrazując słowa francuskiego myśliciela Alexisa de Tocqueville’a, należy powiedzieć, że wolność indywidualna kończy się tam gdzie zaczyna się krzywda innego człowieka, bo nikomu nie wolno używać daru wolności do wyrządzania zła bliźniemu, zwłaszcza temu niewinnemu i najsłabszemu. Prawdą jest więc to, że Bóg dał nam wolną wolę i że nikt nie może nam jej odebrać. Ale zawsze z darem wolności nierozwiązalnie związana jest nasza odpowiedzialność za dokonywane przez nas wybory. W niektórych przypadkach ta odpowiedzialność wiąże się nawet z poważnymi konsekwencjami karnymi. Przecież żaden przestępca skazany za popełnienie mordu czy gwałtu nie będzie się przed tym wyrokiem bronił, mówiąc: „Dlaczego mnie skazujecie? Ja tylko skorzystałem z daru wolności! Dokonałem wyboru. Winniście go uszanować”. Nie każdy wybór jest dobry. Nie każdy wybór zasługuje na szacunek. Niektóre zasługują na potępienie. Na takie wybory jednostek, których konsekwencją jest krzywda drugiego człowieka, zwłaszcza taka, które miałaby oznaczać jego całkowite unicestwienie, zdrowe moralnie społeczeństwo nigdy nie powinno się zgadzać. W takim wypadku ta niezgoda powinna przyjąć także formę prawną. Inną sprawą natomiast jest to, jak taki przepis prawny chroniący życie dziecka poczętego powinien być sformułowany, jakie sankcje i czy w ogóle powinny być z nim związane, w którym momencie należałoby go wprowadzić do sytemu prawnego, jaki powinien być ewentualnie okres tzw. vacatio legis itd. Tu, jak sądzę jest miejsce na dyskusję, której celem byłoby doprowadzenie do jakiegoś kompromisu, gdy chodzi o kwestię prawnej ochrony życia dzieci nienarodzonych. Nie ma jednak i nie może być miejsca na kompromis, co do samej zasady, że życie ludzkie należy chronić od poczęcia aż do naturalnej śmierci, także przy użyciu takiego narzędzia, jakim jest stanowione przez ludzi prawo. W przeciwnym wypadku pod wpływem dyktatu tych silnych i zdrowych, którzy bardzo często potrafią w inteligentny sposób uzasadniać swoje niehumanitarne przekonania, górę wzięłaby niechybnie cywilizacja śmierci, która ostatecznie obróciłaby się przeciw temu społeczeństwu, gdyż, parafrazując słowa Jana Pawła II, każda cywilizacja, która akceptuje zabijanie bezbronnych dzieci, jest cywilizacją bez przyszłości i wcześniej czy później legnie w gruzach. A zatem: pro-choice czy pro-life? Sądzę, że nikt, kto ma właściwe rozumienie ludzkiej wolności, nie powinien mieć wątpliwości, za którą z tych postaw należy się opowiedzieć.

P.S. Tekst ten pierwotnie został opublikowany na strone internetowej Tygodnika Idziemy.