poniedziałek, 9 marca 2020

Koronawirus


Rośnie na całym świecie liczba osób zarażonych koronawirusem. W niektórych krajach ten przyrost jest bardzo szybki. We Włoszech, a więc w kraju który jest mi szczególnie bliski, tylko w ciągu ostatniej doby przybyło ponad 2000 chorych. Do tej pory zmarło tam prawie 500 osób. Aby powstrzymać szybko rozprzestrzeniającą się epidemię, władze cywilne podejmują radykalne, wręcz drastyczne kroki. Wśród nich jest też nakaz zawieszenia wszystkich publicznych celebracji religijnych. W związku z tym Konferencja Episkopatu Włoch ogłosiła dekret zakazujący odprawiania mszy z udziałem wiernych w dni świąteczne i powszednie, łącznie z mszami pogrzebowymi. Na razie zakaz obowiązuje do 3 kwietnia. Decyzję poparł dzisiaj papież Franciszek. Ta decyzja, bez wątpienia trudna i bolesna, spotkała się z różnym odbiorem. W samych Włoszech raczej ze zrozumieniem, ale w Polsce, szczególnie na portalach społecznościowych, wielu „gorliwych” katolików oceniło ją negatywnie. Pojawiły się nawet komentarze zarzucające biskupom tchórzostwo, a nawet brak wiary. Zdziwił mnie nieco fakt, że prym w tej krytyce, nierzadko mało zniuansowanej, wiodą niektórzy księża. Jako argument, który miałby ją uzasadnić, często cytowane są przez nich słowa Jezusa o pasterzu oddającym życie za swoje owce. Nie mogę jednak zrozumieć, w jaki sposób właśnie te słowa służą niektórym do piętnowania biskupów za ich decyzję o czasowym zawieszeniu celebracji liturgicznych. Dla mnie wezwanie do oddania życia za owce oznacza również konieczność ich obrony przed wszelkimi niebezpieczeństwami, szczególnie takimi, które zagrażają ich życiu. W Ewangelii Jezus zaleca swym uczniom, gdyby kiedykolwiek mieli się znaleźć w sytuacji realnego zagrożenia, postawę roztropności: „Gdy was będą prześladować w tym mieście, uciekajcie do innego”. Rzeczą ze wszech miar roztropną jest unikanie zagrożeń. Nikogo nie powinno się narażać na niebezpieczeństwo utraty zdrowia lub życia. Między innymi dlatego oczekuje się, że każdy, kto zachoruje, choćby na grypę, nie będzie brał fizycznego udział w zgromadzeniu liturgicznym. Nie jest to roztropne i z pewnością nie jest zgodne z wolą Bożą. Tego typu absencja liturgiczna jest w takim wypadku w pełni usprawiedliwiona. To natomiast, co zadekretowali dzisiaj biskupi włoscy, to przecież nic innego jak nakaz obowiązkowej i czasowej absencji liturgicznej, który nie ma charakteru indywidualnego, lecz dotyczy wszystkich wiernych. W przypadku koronawirusa, który wywołuje chorobę COVID-19, nie da się bowiem w pierwszej fazie tej choroby odróżnić osobą zarażoną od zdrowej. Wirus na początku nie daje bowiem typowych objawów, jest jednak silnie zaraźliwy. Dlatego podstawowym narzędziem prewencji jest ograniczanie do minimum kontaktów międzyludzkich. Dla mnie osobiście nawoływanie do tego, aby w czasach zarazy, rosnącej z szybkością wykładniczą, ignorować zalecenia służb odpowiedzialnych za zdrowie publiczne i uczestniczyć w mszach sprawowanych w kościołach, nie tylko nie jest znakiem wiary, lecz jest raczej wystawianiem Boga na próbę, a więc jest uleganiem diabelskiej, w gruncie rzeczy, pokusie. Sam Jezus dał nam osobisty przykład pokonywania takiej pokusy. Gdy podczas kuszenia szatan kazał Mu się rzucić z narożnika świątyni w dół, argumentując, że zostanie On z pewnością uratowany przez aniołów, to w reakcji na te słowa Jezus odpowiedział stanowczo: „Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego”. Gdyby to w Warszawie wybuchła epidemia, co przecież wcale nie jest, niestety, wykluczone, to nie wyobrażam sobie, że, wbrew zaleceniom władz, mógłbym narazić moich parafian na niebezpieczeństwo, zachęcając ich do masowego przychodzenia do kościoła, przekonując ich na dodatek do tego, że byłby to z ich strony akt wiary. Tak się składa, że moi obecni parafianie to w większości ludzie starsi, a więc osoby z grupy podwyższonego ryzyka. Jak bowiem dobrze wiadomo, z powodu zarażenia koronawirusem umierają przede wszystkim ludzie starsi, najczęściej ze zmniejszoną odpornością. Taka śmierć nie jest lekka. Wirus wywołuje u osób nim zarażonych ostrą infekcję płuc, a potem ich niewydolność. Ci, których nie udaje się uratować, umierają praktycznie z uduszenia, a więc w okropnych męczarniach. Nie chciałbym wystawiać na próbę wiary żadnego z moich parafian i mieć potem na sumieniu ich cierpienie lub, nie daj Boże, ich śmierć. Jeśli więc chodzi o decyzję biskupów włoskich, to ze względu na dramatyczne okoliczności, której towarzyszą jej podjęciu, nie uważam jej bynajmniej za wyraz braku wiary, lecz raczej za dowód roztropności i pasterskiej troski o życie powierzonych sobie owiec. Ta troska nie powinna przecież dotyczyć tylko życia duchowego, bo człowiek jest zarówno duchem, jak i ciałem. I na koniec dodam: wiara nie jest w opozycji do zdrowego rozsądku, tak jak łaska nie zastępuje natury. Rozum jest także darem Bożym. Po to go od Boga otrzymaliśmy, byśmy go mądrze używali. Nie odmawiam, rzecz jasna, nikomu prawa do wyrażania wątpliwości w związku z decyzją włoskiego episkopatu, lecz we mnie osobiście ta decyzja takich wątpliwości nie budzi, choć rozumiem jednocześnie, dlaczego dla tak wielu wydaje się mocno kontrowersyjna.

niedziela, 29 grudnia 2019

Ofensywa ekologizmu


Parę dni temu publiczna niemiecka stacja radiowo-telewizyjna WDR (Westdeutscher Rundfunk) wyemitowała piosenkę chóru dziecięcego, w której padają takie oto słowa refrenu: „Moja babcia jest starą świnią ekologiczną”. Świnia w języku niemieckim to wyjątkowo obraźliwy epitet (pamiętacie „polnische schweine”?). Po gwałtownych protestach nadawca w końcu usunął to kontrowersyjne wideo. Jednak w sieci nic nie ginie. Można je nadal zobaczyć na wielu innych stronach i portalach. Oglądając to nagranie, odniosłem niepokojące wrażenie, że mamy tu do czynienia z pewną groźną recydywą, że powtarza się mianowicie znany z historii mechanizm, gdy frontmani rewolucji kulturowej zaczynają szerzyć ją przy pomocy indoktrynacji ideologicznej, którą serwują już małym dzieciom, najczęściej w szkołach, a nawet w przedszkolach. W latach trzydziestych XX wieku niemieckie dzieci uczyły się i śpiewały piosenki zgodne z nazistowską ideologią, podobnie było też w sowieckiej Rosji, o czym świadczy twórczość komsomolskich chórów dziecięcych. Oczywiście, nie ma równości miedzy ludobójczą ideologią nazizmu czy komunizmu a modną dzisiaj ideologią ekologizmu, ale poziom fanatyzmu i techniki prania mózgów, w tym dzieciom, dadzą się już, niestety, porównać. I jest to zjawisko, które musi budzić niepokój. Jak zauważył jeden z internautów, człowiek stosunkowo łatwo może przekształcić się w bestię, gdy staje się bezrozumnym egzekutorem ścigającym wrogów idealnego porządku świata. Mieliśmy tego dowód przy okazji wściekłej, histerycznej wręcz nagonki na arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, który ośmielił się skrytykować ideologię ekologizmu (niektórzy, niestety, nie odróżniają ekologizmu od ekologii), która jest jednym z najbardziej sztandarowych komponentów ofensywy sił postępu. Koryfeusze tej ideologii pod pretekstem ochrony przyrody propagują nową filozofię, która wywraca dotychczasowy porządek naturalny i hierarchię wartości. Zgodnie z nauką Kościoła, na pierwszym miejscu jest Bóg, potem człowiek, a potem materialna przyroda. „Czyńcie sobie ziemię poddaną” – mówi Bóg do człowieka w Księdze Rodzaju. Tymczasem według zwolenników ekologizmu to człowiek ma być poddany ziemi, bo wcale nie jest jej nadrzędną cząstką. Dochodzi do tego, że człowiek, na przykład nienarodzone dziecko, ma mniej praw niż zwierzęta. Za zabicie zwierzęcia można być skazanym nawet na 3 lata więzienia, gdy tymczasem legalne uśmiercenie niewinnej istoty ludzkiej za pomocą okrutnego zabiegu aborcji (okrutnego, bo rozrywanie dziecka na kawałki na inną kwalifikację nie zasługuje) nie niesie ze sobą żadnych prawnych konsekwencji. Ja akurat arcybiskupa Jędraszewskiego cenię za odwagę głoszenia prawd oczywistych choć w pewnych środowiskach odrzucanych. A przecież biskup Marek wypełnia jedynie swoją powinność, o której w Liście do Tymoteusza przypomina św. Paweł: „Zaklinam cię wobec Boga i Chrystusa Jezusa, który będzie sądził żywych i umarłych, i na Jego pojawienie się, i na Jego królestwo: głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, w razie potrzeby wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz. Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań - ponieważ ich uszy świerzbią - będą sobie mnożyli nauczycieli. Będą się odwracali od słuchania prawdy, a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom. Ty zaś czuwaj we wszystkim, znoś trudy, wykonaj dzieło ewangelisty, spełnij swe posługiwanie!” (2 Tm 4, 1-5). Cena za wierność powołaniu bywa duża – jest nim nie tylko histeryczny atak wrogów Kościoła i jego nauki, lecz także niezrozumienie nawet ze strony chrześcijan nie potrafiących się obronić przed tym zjawiskiem, które papież Franciszek nazwał „mentalną kolonizacją”, jakiej dokonują w umysłach ludzi wierzących wrogie chrześcijaństwu ideologie, bo potrafią posługiwać się inteligentnymi środkami perswazji, często ubranymi w szatę naukowości, postępu i dobra ludzkości.