Niewiele
zmieniło się w ludzkiej naturze przez ostatnie dwa tysiąclecia. Ledwie
wydarzyło się coś wymykającego się ludzkiemu pojmowaniu, a już podjęto próbę
przykrycia tego najbardziej doniosłego wydarzenia ordynarnym, opłaconym
kłamstwem. Strażnicy grobu, w którym złożono ciało Jezusa, choć byli świadkami
rzeczy po ludzku niewytłumaczalnych, dla pieniędzy wybrali fałszywą narrację podsuniętą
im przez ówczesne żydowskie elity. I tak oto ten archetypowy konflikt między
nagą prawdą a zręczną manipulacją towarzyszy nam od tamtej pory nieustannie –
zmieniają się jedynie tempo, w jakim fałsz obiega glob, i narzędzia, jakimi się
posługuje.
Dziś,
paradoksalnie, im więcej mamy instrumentów do poznawania świata, tym łatwiej
dajemy się złapać w sieci iluzji. Współczesny herold propagandy rzadko
przypomina zaciętego ideologa; częściej to po prostu użytkownik smartfona,
który goniąc za społecznym uznaniem, polityczną racją czy dawką emocji, staje
się świadomym lub nieświadomym ogniwem dezinformacji. Dzieje się to zazwyczaj w
służbie tych, którzy pragną panować nad zbiorową wyobraźnią poprzez kontrolę
przepływu informacji. Postęp technologiczny, zamiast nas wyzwolić, uczynił
manipulację bardziej subtelną i wszechobecną. Internet, który w swoich
romantycznych początkach miał być cyfrową przestrzenią wolności i powszechnej
wiedzy, stał się polem bitwy, gdzie przy pomocy algorytmów oraz sztucznej
inteligencji tworzy się treści niemal nieodróżnialne od rzeczywistości, jak
choćby deepfaki imitujące ludzki głos i wizerunek.
Najbardziej
uderzająca nie jest jednak sama sprawność manipulatorów, lecz nasza własna,
narastająca bezbronność i brak krytycyzmu. Zbyt łatwo uznajemy za pewnik
anonimowy wpis czy sensacyjny materiał, którego wiarygodności nikt wcześniej nie
zweryfikował. Na pytanie o źródło wiedzy wciąż zbyt często padają odpowiedzi w
stylu: „widziałem to w telewizji” lub „przeczytałem w sieci”, jakby sam fakt
publikacji stanowił ostateczną gwarancję autentyczności. W ten sposób, często
bez złej woli, stajemy się przekazicielami plotek i półprawd, które tak często niesprawiedliwie
odbierają komuś dobre imię. Każde bezrefleksyjne udostępnienie niesprawdzonej
nowinki wzmacnia mechanizm, który działa tym skuteczniej, im mniej napotyka
świadomego oporu.
Dlatego
właśnie w świecie przesyconym bodźcami szczególnie potrzebna jest nam dzisiaj
postawa głębokiej odpowiedzialności za słowo – zarówno to, które wypowiadamy,
jak i to, które przekazujemy dalej. Wymaga to od nas nie lada samozaparcia w
poszukiwaniu faktów, cierpliwości w ich weryfikowaniu oraz rzadkiej dziś pokory
wobec własnej niewiedzy. W rzeczywistości, w której informacja stała się jednym
z najpotężniejszych narzędzi wpływu i kontroli, krytyczne myślenie przestaje
być jedynie przydatną umiejętnością intelektualną, lecz staje się ono naszym
elementarnym obowiązkiem moralnym. Z pewnością nie nauczymy się go śledząc
głupawe filmiki na tik-toku albo żenujące wynurzenia celebrytów na Instagramie
czy Facebooku.
