piątek, 10 kwietnia 2026

Narodowy Marsz Życia

Nie rozumiem tych, którzy usprawiedliwiają aborcję. Nie potrafię pojąć, jak można racjonalizować akt odebrania życia istocie całkowicie niewinnej — niezdolnej do obrony, a nawet do wypowiedzenia jednego słowa sprzeciwu. Właśnie to milczenie dziecka powinno najgłośniej rozbrzmiewać w naszych sumieniach. Tymczasem uśmiercanie nienarodzonych — życia w jego najbardziej delikatnym, intymnym stadium — bywa traktowane jako coś normalnego, a niekiedy przedstawiane wręcz jako jedno z „praw człowieka”. Są już kraje, takie jak Francja, w których prawo to zostało wpisane do konstytucji. W imię wolności i tak zwanego „wolnego wyboru” odbiera się innym samą możliwość istnienia. W tej odwróconej aksjologii to, co powinno być obowiązkiem ochrony życia, staje się jego brutalnym zaprzeczeniem.

Jeszcze większe zdumienie wywołuje we mnie fakt, że dla wielu lekarzy, którzy składali przecież przysięgę Hipokratesa, zabijanie nienarodzonych dzieci nie stanowi moralnego dylematu. Ślubowali chronić życie, a jednak są wśród nich tacy, którzy uczynili z aborcji nie tylko procedurę medyczną, ale wręcz źródło zysku. Jak pogodzić medycynę, której rdzeniem ma być troska o życie, z procederem, który życie unicestwia u samego jego zarania? Czy naprawdę można mówić o etyce lekarskiej tam, gdzie bezbronność pacjenta nie jest argumentem za jego ochroną, lecz staje się przesłanką do jego eliminacji?

Pamiętam, jak wiele lat temu — gdy w Polsce po raz pierwszy próbowano zliberalizować prawo do aborcji — posłem sprawozdawcą był znany lekarz, człowiek, którego niegdyś wspierałem z pełnym przekonaniem, gdy w pierwszych, jeszcze nie w pełni demokratycznych wyborach kandydował do Sejmu jako reprezentant środowisk obywatelskich. Z pewnością wiedział, że dzieci urodzone po 22. tygodniu ciąży mają już szansę na przeżycie poza organizmem matki. A mimo to, zgodnie z projektem ustawy, postulował możliwość zabijania dzieci nienarodzonych aż do szóstego miesiąca włącznie. Jego wystąpienie w parlamencie było dla mnie bolesnym widokiem. Nie z powodu różnicy zdań — bo te są w demokracji nieuniknione — lecz z powodu pęknięcia na poziomie fundamentów: zderzenia etosu służby życiu z aprobatą dla jego niszczenia.

Z podobnym bólem patrzę na osoby, które uważają się za wierzące, a mimo to dopuszczają możliwość aborcji — jakby wiara mogła być oddzielona od etyki, jakby Dekalog kończył się na pierwszej tablicy. To rozszczepienie sumienia, ta dychotomia pomiędzy wyznawaną religią a praktyką moralną, jest znakiem naszych czasów: epoki, w której wszystko można zrelatywizować, a każdą wartość osłabić poprzez wątpliwość i ideologiczną reinterpretację.

Na szczęście w Polsce toczyły się i wciąż toczą debaty, które wielu osobom otworzyły oczy. Dzięki nim wielu ludzi uświadomiło sobie, czym w rzeczywistości jest aborcja — nie neutralnym moralnie „zabiegiem” ani „kwestią wyboru”, lecz decyzją o odebraniu życia drugiemu człowiekowi. I choć ofensywa relatywizmu, skrytego pod pozornie neutralną retoryką praw jednostki, nie ustaje, to nadal istnieje niemała rzesza tych, którzy z odwagą i przekonaniem wybierają życie. Dowodem na to są ludzie biorący udział w marszach pro-life, choć nie zawsze spotykają się z aprobatą przechodniów i gapiów. Najbliższy taki marsz – Narodowy Marsz Życia – odbędzie się w najbliższą niedzielę w Warszawie.

Mam nadzieję, że sprzeciw wobec aborcji będzie przybierał na sile — że nie zgaśnie, lecz stanie się jednym z najważniejszych głosów naszego czasu. Przyszłość cywilizacji nie zależy bowiem od liczby wynalazków ani poziomu technologicznego zaawansowania, lecz od tego, czy zdołamy ocalić najprostszą z prawd: że życie jest święte i zawsze warte obrony — bez względu na to, czy potrafi już o siebie walczyć, czy wciąż trwa w bezbronnym milczeniu. Jeśli utracimy instynkt ochrony najsłabszych, żadne osiągnięcia — choćby najbardziej spektakularne — nie będą miały znaczenia. Cywilizacja, która przestaje chronić życie, zaczyna podcinać własne korzenie. Bo zanegowanie wartości życia nigdy nie przynosi dobrych owoców — prędzej czy później obraca się przeciwko tym, którzy je usprawiedliwiali.

P.S. Więcej o NMŻ na stronie: https://narodowymarszzycia.pl/


wtorek, 7 kwietnia 2026

Refleksje po lekturze pewnego listu

Minęły już ponad dwa tygodnie od publikacji szeroko komentowanego listu biskupów polskich, napisanego z okazji 40. rocznicy wizyty św. Jana Pawła II w rzymskiej Synagodze Większej. Niestety, po uważnej lekturze tego listu nie byłem w stanie utożsamić się ani z jego formą, ani – co ważniejsze – z jego zasadniczym przesłaniem. Dlatego, korzystając z faktu, że w naszej diecezji jego odczytanie w parafiach miało charakter fakultatywny – podobnie jak w wielu innych diecezjach – uznałem, że list ten nie zostanie przedstawiony wiernym podczas liturgii. Pozostawiłem tym samym możliwość zapoznania się z jego treścią indywidualnym decyzjom każdego z parafian. Jeśli chodzi o moją ocenę, treść listu wzbudziła we mnie kilka istotnych zastrzeżeń.

Po pierwsze, za niefortunny uważam sam moment publikacji. Trudno bowiem abstrahować od aktualnego kontekstu geopolitycznego, w szczególności od działań armii izraelskiej w Palestynie, a także – w ostatnim czasie – w Iranie i Libanie. Chodzi tu przede wszystkim o tragiczny bilans ofiar cywilnych, wśród których znajdują się również chrześcijanie: zarówno palestyńscy, jak i libańscy. W takim kontekście list, który może być odczytywany jako dość jednostronny, niemal filosemicki wręcz, rodzi uzasadnione pytania o jego adekwatność i wrażliwość na cierpienie zwykłych ludzi dotkniętych bliskowschodnim konfliktem.

Po drugie, poważny sprzeciw budzi zawarta w zakończeniu dokumentu teza – wyrażona w sposób jednoznaczny – jakoby dla osiągnięcia zbawienia nie było konieczne wyraźne wyznawanie wiary w Chrystusa, szczególnie w odniesieniu do narodu żydowskiego. Twierdzenie to stoi w wyraźnym napięciu z tradycyjnym nauczaniem Kościoła oraz z przesłaniem św. Pawła Apostoła, który wielokrotnie w swoich listach oraz działalności misyjnej podkreślał centralną rolę Chrystusa w dziele zbawienia. Tak daleko idąca interpretacja wymagałaby znacznie głębszego uzasadnienia teologicznego, którego w omawianym liście niestety brakuje.

Po trzecie, moje zastrzeżenia budzi sposób odwoływania się do dziedzictwa św. Jana Pawła II. Odniosłem wrażenie, że jego nauczanie zostało potraktowane selektywnie i wykorzystane jako argument wzmacniający określoną tezę, co nosi znamiona klasycznego argumentum ad auctoritatem. Tymczasem bogactwo i złożoność myśli papieża Polaka domaga się raczej całościowego i uczciwego odczytania, a nie instrumentalnego przywoływania wybranych wątków. Niestety takie instrumentalne – by nie powiedzieć: manipulacyjne – podejście do tekstów Jana Pawła II jest aż nazbyt często obecne w różnego typu odezwach pasterzy Kościoła w Polsce.

Jednocześnie, mimo krytycyzmu wobec samego dokumentu, nie sposób przejść obojętnie wobec fali bezpardonowych, często skrajnie emocjonalnych ataków, jakie spadły na biskupów. W wielu przypadkach wypowiedzi te pozbawione były elementarnego szacunku należnego pasterzom Kościoła. Szczególnie niepokojące jest to, że w głównym nurcie tej krytyki znaleźli się często komentatorzy identyfikujący się jako prawicowi czy konserwatywni, którzy – zamiast rzeczowej polemiki – przekraczali granice dopuszczalnej krytyki, uciekając się do uproszczeń i wycieczek osobistych.

Sam również nie należę do bezkrytycznych odbiorców epistolarnej twórczości członków Konferencji Episkopatu Polski. Uważam jednak, że nawet zdecydowana niezgoda powinna wyrażać się w sposób wyważony, oparty na argumentach merytorycznych, wolny od oskarżeń i retoryki nacechowanej emocjonalnie. Tymczasem można odnieść wrażenie, że niektóre środowiska o nastawieniu tradycjonalistycznym reagują na głos hierarchicznego Kościoła z nieproporcjonalną gwałtownością – niemal instynktowną, a nie refleksyjną. Tego rodzaju postawa nie tylko nie sprzyja poszukiwaniu prawdy, ale wręcz utrudnia prowadzenie autentycznego dialogu wewnątrz Kościoła, który dziś wydaje się szczególnie potrzebny. Pohukiwania i połajanki, zamiast merytorycznej rozmowy, osłabiają w gruncie rzeczy siłę katolickiego świadectwa we współczesnym świecie, któremu coraz dalej do ewangelicznej prawdy.