sobota, 10 października 2026

Zanim oskarżymy młodych

W ostatnich dniach doszło do dramatycznych wydarzeń w polskich szkołach. W Ostrołęce 19-letni uczeń ranił dziewięć osób, a pod Wyszkowem 15-letni absolwent zaatakował pracowników szkoły. W wyniku tego ataku zmarła 37-letnia woźna.

Wszyscy zastanawiają się teraz, dlaczego tak się stało. Co dzieje się z naszą młodzieżą? Gdzie tkwią źródła takiej brutalnej agresji? Nie znamy jeszcze wszystkich okoliczności ani motywów sprawców, dlatego lepiej jest powstrzymać się od pochopnych oskarżeń i uogólnień. Trzeba jednak postawić pytanie o świat, w którym młodzi dorastają. I skierować je przede wszystkim do nas, dorosłych.

Trudno bowiem oczekiwać dojrzałości, jeśli nie podejmuje się trudu wychowywania do niej. Dojrzałość nie przychodzi automatycznie wraz z wiekiem. Trzeba uczyć się panowania nad gniewem, znoszenia życiowych rozczarowań, ponoszenia konsekwencji własnych wyborów i czynów. Trzeba przyjąć prawdę, że godność drugiego człowieka jest nienaruszalna, także wtedy, gdy staje on na drodze naszych pragnień. Tymczasem nazbyt łatwo wycofujemy się z roli wychowawców, łudząc się, że wystarczy zapewnić młodym pełną swobodę („róbta, co chceta”), warunki materialne i niemal nielimitowany dostęp do wiedzy. Wychowanie wymaga jednak czegoś więcej: oparcia w wartościach, które pomagają odpowiedzieć na pytania o sens naszego życia, o jego wartość, zwłaszcza wtedy, gdy to życie nie układa się po naszej myśli.

Dlatego trzeba pytać również o odpowiedzialność twórców i mediów. Nie każda prowokacja jest przejawem wolności myślenia, nie każde przekroczenie granic świadczy o artystycznej wielkości. Gdy brutalność przedstawia się jako siłę, pogardę jako pewność siebie, a ośmieszanie dobra jako dowód niezależności, przekazujemy młodym zniekształcony obraz człowieka. Kultura ma prawo ukazywać ludzkie zagubienie, lecz nie powinna promować nihilizmu – przekonania, że nic nie jest święte i żadne dobro nie zasługuje na wysiłek. Nihilizm nie staje się głębią tylko dlatego, że przemawia ze sceny lub ekranu. Takiego przekazu nie powinniśmy bezrefleksyjnie nagradzać uwagą i uznaniem.

Ileż razy zadziwiała mnie reakcja dorosłej przecież publiczności, która wybuchała śmiechem i oklaskami, gdy ze sceny kabaretowej padały prymitywne żarty, nierzadko okraszone wulgaryzmami. Sam śmiech jest czymś dobrym i potrzebnym. Warto jednak zapytać, z czego się śmiejemy i co swoim śmiechem aprobujemy. Czy dowcip odsłania ludzkie słabości, pomagając nam spojrzeć na siebie z dystansem, czy po prostu poniża człowieka? Także sposób, w jaki się bawimy, pokazuje, jakie wartości rzeczywiście cenimy.

Nie chodzi oczywiście o to, aby odpowiedzialność za złe postępowanie młodych ludzi przypisywać wyłącznie artystom, mediom czy internetowi. Krytyczna refleksja nad kulturą nie zastępuje dogłębnego poznania przyczyn konkretnych zdarzeń. Powinna prowadzić nas również do pytania o to, co dzieje się w naszych domach i szkołach. To przede wszystkim my – rodzice, nauczyciele, duszpasterze – musimy przyjrzeć się własnej obecności w życiu młodych. Czy mamy czas, by ich słuchać? Czy dostrzegamy ich samotność i zagubienie? Czy wiedzą, że mogą przyjść do nas ze swoimi problemami?

Młody człowiek potrzebuje wartości, ale potrzebuje również kogoś, kto pomoże mu według nich żyć. Potrzebuje wiarygodnego przykładu. Słowa o wartościach tracą moc, gdy nie potwierdza ich świadectwo naszego życia. Można codziennie powtarzać dziecku: „Trzeba szanować innych”, a przy stole poniżać nieobecnych. Można mówić o przebaczeniu, a samemu przez lata pielęgnować urazę. Można mówić o Bogu, a żyć tak, jakby Go nie było.

Młodzi potrzebują świadectwa dobrego życia. Nie musi ono przybierać postaci heroicznych czynów. Czasem najbardziej przekonująca będzie cierpliwość okazana komuś, kto wyprowadza nas z równowagi. Powstrzymanie się od złośliwego komentarza. Odważne: „Przepraszam”. Szczere: „Wybaczam”. Uczciwość wtedy, gdy nikt nie patrzy i nikt nie dowiedziałby się o naszej nieuczciwości. Czasem wystarczy uważność na drugiego człowieka – zwyczajne pytanie: „Jak się czujesz? Czy mogę ci jakoś pomóc?”. Tak niewiele, a przecież właśnie w takich gestach dobro staje się widzialne i bliskie.

Z perspektywy chrześcijańskiej u podstaw wychowania stoi prawda, że każdy człowiek jest stworzony na obraz Boga i przez Niego kochany. Jego godność nie zależy od sukcesu ani popularności. Wiara powinna pomagać żyć dobrze: przeżywać cierpienie bez zadawania go innym, szukać pomocy bez wstydu i odzyskiwać nadzieję po porażce.

Dziś nasza solidarność, współczucie i modlitwa należą się przede wszystkim ofiarom i ich bliskim. Kiedy jednak tragiczne wydarzenia znikną z medialnych nagłówków, pozostanie codzienna praca: być obecnym, dawać przykład, stawiać granice i pomagać odkrywać sens życia. Zanim oskarżymy młodych, że nie szanują życia, musimy zapytać samych siebie, co robimy, by nauczyli się je cenić.

piątek, 10 kwietnia 2026

Narodowy Marsz Życia

Nie rozumiem tych, którzy usprawiedliwiają aborcję. Nie potrafię pojąć, jak można racjonalizować akt odebrania życia istocie całkowicie niewinnej — niezdolnej do obrony, a nawet do wypowiedzenia jednego słowa sprzeciwu. Właśnie to milczenie dziecka powinno najgłośniej rozbrzmiewać w naszych sumieniach. Tymczasem uśmiercanie nienarodzonych — życia w jego najbardziej delikatnym, intymnym stadium — bywa traktowane jako coś normalnego, a niekiedy przedstawiane wręcz jako jedno z „praw człowieka”. Są już kraje, takie jak Francja, w których prawo to zostało wpisane do konstytucji. W imię wolności i tak zwanego „wolnego wyboru” odbiera się innym samą możliwość istnienia. W tej odwróconej aksjologii to, co powinno być obowiązkiem ochrony życia, staje się jego brutalnym zaprzeczeniem.

Jeszcze większe zdumienie wywołuje we mnie fakt, że dla wielu lekarzy, którzy składali przecież przysięgę Hipokratesa, zabijanie nienarodzonych dzieci nie stanowi moralnego dylematu. Ślubowali chronić życie, a jednak są wśród nich tacy, którzy uczynili z aborcji nie tylko procedurę medyczną, ale wręcz źródło zysku. Jak pogodzić medycynę, której rdzeniem ma być troska o życie, z procederem, który życie unicestwia u samego jego zarania? Czy naprawdę można mówić o etyce lekarskiej tam, gdzie bezbronność pacjenta nie jest argumentem za jego ochroną, lecz staje się przesłanką do jego eliminacji?

Pamiętam, jak wiele lat temu — gdy w Polsce po raz pierwszy próbowano zliberalizować prawo do aborcji — posłem sprawozdawcą był znany lekarz, człowiek, którego niegdyś wspierałem z pełnym przekonaniem, gdy w pierwszych, jeszcze nie w pełni demokratycznych wyborach kandydował do Sejmu jako reprezentant środowisk obywatelskich. Z pewnością wiedział, że dzieci urodzone po 22. tygodniu ciąży mają już szansę na przeżycie poza organizmem matki. A mimo to, zgodnie z projektem ustawy, postulował możliwość zabijania dzieci nienarodzonych aż do szóstego miesiąca włącznie. Jego wystąpienie w parlamencie było dla mnie bolesnym widokiem. Nie z powodu różnicy zdań — bo te są w demokracji nieuniknione — lecz z powodu pęknięcia na poziomie fundamentów: zderzenia etosu służby życiu z aprobatą dla jego niszczenia.

Z podobnym bólem patrzę na osoby, które uważają się za wierzące, a mimo to dopuszczają możliwość aborcji — jakby wiara mogła być oddzielona od etyki, jakby Dekalog kończył się na pierwszej tablicy. To rozszczepienie sumienia, ta dychotomia pomiędzy wyznawaną religią a praktyką moralną, jest znakiem naszych czasów: epoki, w której wszystko można zrelatywizować, a każdą wartość osłabić poprzez wątpliwość i ideologiczną reinterpretację.

Na szczęście w Polsce toczyły się i wciąż toczą debaty, które wielu osobom otworzyły oczy. Dzięki nim wielu ludzi uświadomiło sobie, czym w rzeczywistości jest aborcja — nie neutralnym moralnie „zabiegiem” ani „kwestią wyboru”, lecz decyzją o odebraniu życia drugiemu człowiekowi. I choć ofensywa relatywizmu, skrytego pod pozornie neutralną retoryką praw jednostki, nie ustaje, to nadal istnieje niemała rzesza tych, którzy z odwagą i przekonaniem wybierają życie. Dowodem na to są ludzie biorący udział w marszach pro-life, choć nie zawsze spotykają się z aprobatą przechodniów i gapiów. Najbliższy taki marsz – Narodowy Marsz Życia – odbędzie się w niedzielę 19 kwietnia w Warszawie.

Mam nadzieję, że sprzeciw wobec aborcji będzie przybierał na sile — że nie zgaśnie, lecz stanie się jednym z najważniejszych głosów naszego czasu. Przyszłość cywilizacji nie zależy bowiem od liczby wynalazków ani poziomu technologicznego zaawansowania, lecz od tego, czy zdołamy ocalić najprostszą z prawd: że życie jest święte i zawsze warte obrony — bez względu na to, czy potrafi już o siebie walczyć, czy wciąż trwa w bezbronnym milczeniu. Jeśli utracimy instynkt ochrony najsłabszych, żadne osiągnięcia — choćby najbardziej spektakularne — nie będą miały znaczenia. Cywilizacja, która przestaje chronić życie, zaczyna podcinać własne korzenie. Bo zanegowanie wartości życia nigdy nie przynosi dobrych owoców — prędzej czy później obraca się przeciwko tym, którzy je usprawiedliwiali.

P.S. Więcej o NMŻ na stronie: https://narodowymarszzycia.pl/