czwartek, 12 lutego 2026

Ks. Józef Kurkowski SCJ

Ks. Józef z moim bratem i bratową

Ks. Józef Kurkowski jest sercaninem – zakonnikiem ze Zgromadzenia Księży Najświętszego Serca Jezusowego. Urodził się w 1944 roku w Sędziszowie. W rodzinnej parafii św. Apostołów Piotra i Pawła przyjął sakrament chrztu świętego oraz bierzmowanie, tam też dojrzewało jego powołanie. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1969 roku. Niespełna trzydziestoletni zakonnik wyruszył wówczas na misje do Indonezji – i pozostał tam do dziś. Oznacza to ponad pięćdziesiąt lat wiernej, nieprzerwanej posługi na dalekiej ziemi.

Swoją działalność rozpoczął w archidiecezji Palembang na południowej Sumatrze. Pierwszą samodzielną placówką, którą powierzono młodemu kapłanowi, było miasteczko Lahat. Prowadził tam internat dla sześćdziesięciu chłopców z zamożnych rodzin. Była to odpowiedzialna i wymagająca funkcja, szczególnie dla misjonarza rozpoczynającego pracę w zupełnie nowej kulturze, języku i realiach społecznych.

W kolejnych latach pracował w dziesięciu parafiach – w ciągu trzydziestu sześciu lat – głównie na terenie diecezji Tanjung Karang w prowincji Lampung, na południu Sumatry. Były to często wspólnoty rozproszone, funkcjonujące w trudnych warunkach, wymagające ogromnej wytrwałości, cierpliwości i zaufania Bożej Opatrzności. 

Dziś ks. Józef jest już księdzem emerytem, jednak jego „emerytura” ma charakter wyłącznie formalny. Mieszka w Dżakarcie i mimo podeszłego wieku nadal aktywnie posługuje w parafii św. Stefana w dzielnicy Cilandak w południowej części miasta, gdzie obecnie rezyduje.

Poznałem go w ubiegłym roku na Bali, podczas ślubu mojego brata. Spotkaliśmy się również na przyjęciu weselnym, a następnego dnia – w szerszym gronie – przy kawie. Już przy pierwszym kontakcie zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Jest człowiekiem niezwykle pokornym, otwartym i serdecznym. Uderzyła mnie jego naturalna życzliwość wobec drugiego człowieka oraz łatwość nawiązywania relacji. Odczułem to osobiście, choć nie należę do osób, które z miejsca zdobywają sympatię innych. W jego postawie nie było jednak cienia dystansu czy wyniosłości – jedynie prostota i autentyczność.

Pięćdziesiąt lat wiernej, gorliwej pracy misyjnej – nierzadko w trudnych, pionierskich warunkach, zwłaszcza na początku pobytu w Indonezji – jest bez wątpienia świadectwem głębokiej wiary i całkowitego oddania powołaniu. Takie świadectwo zawsze mnie porusza i buduje. Pokazuje, że kapłaństwo może być drogą konsekwentnej, cichej służby, przeżywanej z dala od rozgłosu. 

I zmoimi siostrami

W każdej rozmowie ks. Józef z wielkim zainteresowaniem pytał o sprawy Polski. Mimo wieloletniego pobytu za granicą, uważnie śledzi wydarzenia w kraju za pośrednictwem Internetu. Do ojczyzny przyjeżdża jedynie raz na kilka lat. Zdumiał mnie jednak jego szczery i spokojny zamiar, by umrzeć w Indonezji i tam zostać pochowanym. Całe swoje kapłańskie życie spędził wśród Indonezyjczyków, dlatego uznał, że również po śmierci chce pozostać pośród tych, którym tak wiernie i ofiarnie służył. W tej deklaracji dostrzegłem głęboką miłość do ludzi oraz niezwykłą konsekwencję życiowego wyboru.

Wiem, że ksiądz Józef zagląda na mojego bloga, dlatego w tym miejscu chcę mu serdecznie podziękować. Drogi Księże Józefie – dziękuję za nasze spotkania, rozmowy i Twoje świadectwo. Naprawdę cieszę się, że mogłem Cię poznać. Być może jeszcze kiedyś dane nam będzie się spotkać – jeśli nie w Indonezji, to może w Polsce.

P.S. Warto dodać, że w przeddzień Święta Niepodległości w 2016 roku ks. Józef Kurkowski wraz z trzema innymi sercanami otrzymał Order Odrodzenia Polski – Polonia Restituta, który w imieniu Prezydenta RP Andrzeja Dudy wręczył w Dżakarcie ambasador Rzeczypospolitej Polskiej w Indonezji. Odznaczenie zostało przyznane jako wyraz uznania za „poświęcenie i pracę misyjną dla dobra Kościoła w Indonezji oraz narodu indonezyjskiego”.

niedziela, 8 lutego 2026

Refleksje po kolędzie

Jeszcze dziesięć lat temu niemal połowa rodzin w parafii św. Marka Ewangelisty na warszawskim Targówku otwierała drzwi kapłanowi podczas wizyty duszpasterskiej. Dziś czyni to nieco ponad 30 procent. To wyraźny spadek, który nie jest jedynie statystyczną ciekawostką – to czytelny i bolesny znak głębokich przemian społecznych, kulturowych oraz duchowych.

Część naszych wiernych, wśród których było wielu pobożnych, oddanych parafian, odeszła już do wieczności (w naszej parafii notujemy ponad 100 zgonów rocznie). Inni, często młodzi, wyprowadzili się, a ich miejsce zajęli nowi mieszkańcy: głównie najemcy, nierzadko pochodzący z Ukrainy, którzy nie czują jeszcze więzi z lokalną wspólnotą. Wiele mieszkań stoi również pustych.

Powody, dla których tak wielu mieszkańców nie przyjmuje księdza po kolędzie, są złożone: od religijnej obojętności i braku identyfikacji z parafią, po postawy wyraźnie antyklerykalne. Jedno pozostaje niezmienne: osoby te znajdują się dziś na peryferiach Kościoła, a w niektórych przypadkach – faktycznie poza nim.

Papież Franciszek, mówiąc kiedyś o peryferiach, miał na myśli głównie osoby ubogie materialnie i wykluczone, co wynikało z jego doświadczeń w Buenos Aires. Jednak peryferia europejskie mają inny charakter. To „peryferia mentalne” – miejsca, w których światopogląd został ukształtowany przez narracje antyreligijne i agresywny laicyzm.

Tegoroczna kolęda pokazała, że obszar tych peryferii się powiększa. Trudno więc nie postawić sobie zasadniczego pytania: jak dotrzeć z Dobrą Nowiną do tych, którzy nie tylko nie chcą jej słuchać, ale wręcz się jej lękają lub nią gardzą? Czy należy próbować dotrzeć do nich za wszelką cenę? I czy ma to sens?

Choć chrześcijanin musi być człowiekiem nadziei, trudno uciec od wrażenia, że wielu naszych „braci oddalonych” stało się duszpastersko niemal nieosiągalnych. Ich uprzedzenia są głęboko zakorzenione. A jednak – Bóg działa. Przypowieść o synu marnotrawnym przypomina, że czas duchowej rozrzutności może się skończyć, nawet jeśli droga do domu wiedzie przez bolesne doświadczenie „jedzenia strąków”, przez samotność i upokorzenie.

Dlatego nie wolno nam nikogo skreślać. Musimy szukać okazji do dialogu, modlić się i trwać, nawet jeśli przełom wydaje się wymagać radykalnej zmiany cywilizacyjnej. Czy jest na to szansa?

Być może. Zachodnie społeczeństwa coraz wyraźniej odczuwają zmęczenie duchową pustką. Widać to czasem w wyborach politycznych i zwrocie ku wartościom konserwatywnym. Jeśli to przebudzenie przeniknie do mediów i kultury, może dotrzeć także do ludzkich serc. Wtedy ci z peryferii zaczną powoli wracać ku centrum.

Dziś jednak musimy zacząć od siebie. Zarówno my, księża, jak i wierni świeccy, musimy pamiętać, że to my w pierwszej kolejności jesteśmy wezwani do nieustannego nawracania się. Cóż nam po tym, że jesteśmy w centrum Kościoła instytucjonalnego, jeśli Bóg znajduje się na peryferiach naszego serca?