Dwa dni temu Parlament Europejski odrzucił poprawkę,
która – jak mogłoby się wydawać – stwierdzała fakt elementarny: „tylko
biologiczna kobieta może zajść w ciążę”. Za jej przyjęciem głosowało 200
europosłów, 107 wstrzymało się od głosu, a 233 było przeciw. Sama treść
głosowania mówi więcej o stanie współczesnej Europy niż niejeden raport czy
akademicka analiza.
Nie chodzi tu już wyłącznie o spór
światopoglądowy. Chodzi o coś głębszego – o utratę zdolności odróżniania rzeczy
oczywistych od konstrukcji ideologicznych. Kiedy polityczna większość zaczyna
kwestionować biologiczne fundamenty rzeczywistości, trudno nie odnieść
wrażenia, że mamy do czynienia z kryzysem cywilizacyjnym, a nie tylko z kolejną
parlamentarną potyczką.
Europa od lat odcina się od
własnych korzeni. Odrzuciła de facto chrześcijaństwo jako źródło sensu, miary
dobra i zła, fundamentu godności osoby ludzkiej. W zamian zaproponowano projekt
neutralności światopoglądowej, który w praktyce coraz częściej przybiera postać
agresywnego laicyzmu. Neutralność przekształciła się w programową obojętność
wobec prawdy, a ta – w postępujący w szybkim tempie relatywizm.
Efektem jest duchowa pustka.
Kontynent, który przez wieki czerpał z Ewangelii inspirację dla prawa, kultury
i etosu społecznego, dziś sprawia wrażenie zagubionego. Z jednej strony
deklaruje otwartość i tolerancję, z drugiej – nie potrafi skutecznie integrować
przybyszów ani bronić własnej tożsamości. Albo zamyka ich w gettach
równoległych światów, albo bezradnie kapituluje wobec coraz bardziej
radykalnych ideologii.
Paradoks polega na tym, że
sekularyzm, który miał gwarantować pluralizm i multikulturalizm, coraz częściej prowadzi do
marginalizacji chrześcijaństwa – religii, która współtworzyła Europę. W imię
„postępu”, w ideologicznym amoku demontuje się fundamenty, na których zbudowano
jej tożsamość.
Historia XX wieku powinna była nas
czegoś nauczyć. Nazizm i komunizm – dwa systemy jawnie odrzucające Boga –
pokazały, jak wygląda świat, w którym człowiek sam ustanawia się ostateczną
miarą wszystkiego. Miliony ofiar i zgliszcza całych narodów nie były przecież przypadkiem,
lecz konsekwencją odcięcia moralności od transcendencji.
Dzisiejsze elity europejskie zdają
się coraz bardziej oddalać od wizji ojców założycieli wspólnoty –
chrześcijańskich polityków, takich jak Konrad Adenauer, Robert Schuman, Alcide
De Gasperi czy Charles de Gaulle, którzy widzieli w integracji europejskiej nie
tylko projekt gospodarczy, lecz także moralny. W ich myśleniu Europa była
wspólnotą wartości zakorzenionych w personalizmie i chrześcijańskiej
antropologii. Dziś coraz częściej przypomina technokratyczny projekt zarządzany
przez biurokratyczne centra decyzyjne.
Jeśli Europa nie odnajdzie na nowo
swojej duszy poprzez powrót do swych duchowych korzeni i uznanie
chrześcijaństwa za kluczowy element własnej tożsamości, będzie dryfować – coraz
bardziej podatna na ideologiczne szaleństwa i coraz mniej zdolna do obrony
własnej spójności.
Może więc warto – nawet z czysto pragmatycznych powodów – wrócić do intuicji Pascala i skierować do Europejczyków apel: „Żyjcie tak, jakby Bóg istniał” – nawet jeśli deklarujecie się jako niewierzący. Nie jako hasło dewocyjne, lecz jako cywilizacyjny kompas.
Swego czasu z takim apelem zwrócił się do mieszkańców naszego kontynentu filozof
Marcello Pera, przyjaciel papieża Benedykta, agnostyk, sam siebie określający
jako „liberała i laika”. Przyjęcie takiego apelu jest jednak trudne, a dla wielu przedstawicieli samozwańczych elit, przeżartych pychą, wręcz niemożliwe. Taka postawa bowiem zakłada pokorę wobec tajemnicy istnienia
i uznanie ludzkiej ograniczoności. Oznacza rezygnację z iluzji wszechmocy i
absolutnej autonomii, które na pozór budują, lecz ostatecznie degradują
człowieka.
Bez powrotu jednak do tego, co przez wieki stanowiło o sile i
wielkości Europy może ona utracić nie
tylko pamięć o swojej przeszłości, lecz także zdolność budowania przyszłości. Bądźmy
tego świadomi i nie oddawajmy jej losu – a przez to także losu naszej Ojczyzny
– w ręce tych, którzy prowadzą ją ku przepaści.

