Część naszych wiernych, wśród których było wielu pobożnych, oddanych parafian, odeszła już
do wieczności (w naszej parafii notujemy ponad 100 zgonów rocznie). Inni,
często młodzi, wyprowadzili się, a ich miejsce zajęli nowi mieszkańcy: głównie
najemcy, nierzadko pochodzący z Ukrainy, którzy nie czują jeszcze więzi z
lokalną wspólnotą. Wiele mieszkań stoi również pustych.
Powody, dla których tak wielu mieszkańców nie przyjmuje księdza po kolędzie, są
złożone: od religijnej obojętności i braku identyfikacji z parafią, po postawy
wyraźnie antyklerykalne. Jedno pozostaje niezmienne: osoby te znajdują się dziś
na peryferiach Kościoła, a w niektórych przypadkach – faktycznie poza nim.
Papież Franciszek, mówiąc kiedyś o peryferiach, miał na myśli głównie osoby
ubogie materialnie i wykluczone, co wynikało z jego doświadczeń w Buenos Aires.
Jednak peryferia europejskie mają inny charakter. To „peryferia mentalne” –
miejsca, w których światopogląd został ukształtowany przez narracje
antyreligijne i agresywny laicyzm.
Tegoroczna kolęda pokazała, że obszar tych peryferii się powiększa.
Trudno więc nie postawić sobie zasadniczego pytania: jak dotrzeć z Dobrą Nowiną
do tych, którzy nie tylko nie chcą jej słuchać, ale wręcz się jej lękają lub
nią gardzą? Czy należy próbować dotrzeć do nich za wszelką cenę? I czy ma to
sens?
Choć chrześcijanin musi być człowiekiem nadziei, trudno uciec od
wrażenia, że wielu naszych „braci oddalonych” stało się duszpastersko niemal
nieosiągalnych. Ich uprzedzenia są głęboko zakorzenione. A jednak – Bóg działa.
Przypowieść o synu marnotrawnym przypomina, że czas duchowej rozrzutności może
się skończyć, nawet jeśli droga do domu wiedzie przez bolesne doświadczenie
„jedzenia strąków”, przez samotność i upokorzenie.
Dlatego nie wolno nam nikogo skreślać. Musimy szukać okazji do dialogu,
modlić się i trwać, nawet jeśli przełom wydaje się wymagać radykalnej zmiany
cywilizacyjnej. Czy jest na to szansa?
Być może. Zachodnie społeczeństwa coraz wyraźniej odczuwają zmęczenie
duchową pustką. Widać to czasem w wyborach politycznych i zwrocie ku wartościom
konserwatywnym. Jeśli to przebudzenie przeniknie do mediów i kultury, może
dotrzeć także do ludzkich serc. Wtedy ci z peryferii zaczną powoli wracać ku
centrum.
Dziś jednak musimy zacząć od siebie. Zarówno my, księża, jak i wierni świeccy, musimy pamiętać, że to my w pierwszej kolejności jesteśmy wezwani do nieustannego nawracania się. Cóż nam po tym, że jesteśmy w centrum Kościoła instytucjonalnego, jeśli Bóg znajduje się na peryferiach naszego serca?

.jpg)