W ostatnich dniach doszło do dramatycznych wydarzeń w polskich szkołach. W Ostrołęce 19-letni uczeń ranił dziewięć osób, a pod Wyszkowem 15-letni absolwent zaatakował pracowników szkoły. W wyniku tego ataku zmarła 37-letnia woźna.
Wszyscy zastanawiają się teraz, dlaczego tak się stało. Co dzieje się z
naszą młodzieżą? Gdzie tkwią źródła takiej brutalnej agresji? Nie znamy jeszcze
wszystkich okoliczności ani motywów sprawców, dlatego lepiej jest powstrzymać
się od pochopnych oskarżeń i uogólnień. Trzeba jednak postawić pytanie o świat,
w którym młodzi dorastają. I skierować je przede wszystkim do nas, dorosłych.
Trudno bowiem oczekiwać dojrzałości, jeśli nie podejmuje się trudu
wychowywania do niej. Dojrzałość nie przychodzi automatycznie wraz z wiekiem.
Trzeba uczyć się panowania nad gniewem, znoszenia życiowych rozczarowań, ponoszenia konsekwencji własnych wyborów i czynów. Trzeba przyjąć prawdę, że
godność drugiego człowieka jest nienaruszalna, także wtedy, gdy staje on na
drodze naszych pragnień. Tymczasem nazbyt łatwo wycofujemy się z roli
wychowawców, łudząc się, że wystarczy zapewnić młodym pełną swobodę („róbta, co
chceta”), warunki materialne i niemal nielimitowany dostęp do wiedzy.
Wychowanie wymaga jednak czegoś więcej: oparcia w wartościach, które pomagają
odpowiedzieć na pytania o sens naszego życia, o jego wartość, zwłaszcza wtedy, gdy to życie nie układa się po naszej myśli.
Dlatego trzeba pytać również o odpowiedzialność twórców i mediów. Nie każda
prowokacja jest przejawem wolności myślenia, nie każde przekroczenie granic
świadczy o artystycznej wielkości. Gdy brutalność przedstawia się jako siłę,
pogardę jako pewność siebie, a ośmieszanie dobra jako dowód niezależności,
przekazujemy młodym zniekształcony obraz człowieka. Kultura ma prawo ukazywać
ludzkie zagubienie, lecz nie powinna promować nihilizmu – przekonania, że nic
nie jest święte i żadne dobro nie zasługuje na wysiłek. Nihilizm nie staje się
głębią tylko dlatego, że przemawia ze sceny lub ekranu. Takiego przekazu nie
powinniśmy bezrefleksyjnie nagradzać uwagą i uznaniem.
Ileż razy zadziwiała mnie reakcja dorosłej przecież publiczności, która
wybuchała śmiechem i oklaskami, gdy ze sceny kabaretowej padały prymitywne
żarty, nierzadko okraszone wulgaryzmami. Sam śmiech jest czymś dobrym i
potrzebnym. Warto jednak zapytać, z czego się śmiejemy i co swoim śmiechem
aprobujemy. Czy dowcip odsłania ludzkie słabości, pomagając nam spojrzeć na
siebie z dystansem, czy po prostu poniża człowieka? Także sposób, w jaki się
bawimy, pokazuje, jakie wartości rzeczywiście cenimy.
Nie chodzi oczywiście o to, aby odpowiedzialność za złe postępowanie młodych
ludzi przypisywać wyłącznie artystom, mediom czy internetowi. Krytyczna
refleksja nad kulturą nie zastępuje dogłębnego poznania przyczyn konkretnych
zdarzeń. Powinna prowadzić nas również do pytania o to, co dzieje się w naszych
domach i szkołach. To przede wszystkim my – rodzice, nauczyciele, duszpasterze –
musimy przyjrzeć się własnej obecności w życiu młodych. Czy mamy czas, by ich
słuchać? Czy dostrzegamy ich samotność i zagubienie? Czy wiedzą, że mogą
przyjść do nas ze swoimi problemami?
Młody człowiek potrzebuje wartości, ale potrzebuje również kogoś, kto pomoże
mu według nich żyć. Potrzebuje wiarygodnego przykładu. Słowa o wartościach
tracą moc, gdy nie potwierdza ich świadectwo naszego życia. Można codziennie
powtarzać dziecku: „Trzeba szanować innych”, a przy stole poniżać nieobecnych.
Można mówić o przebaczeniu, a samemu przez lata pielęgnować urazę. Można mówić
o Bogu, a żyć tak, jakby Go nie było.
Młodzi potrzebują świadectwa dobrego życia. Nie musi ono przybierać postaci
heroicznych czynów. Czasem najbardziej przekonująca będzie cierpliwość okazana
komuś, kto wyprowadza nas z równowagi. Powstrzymanie się od złośliwego
komentarza. Odważne: „Przepraszam”. Szczere: „Wybaczam”. Uczciwość wtedy, gdy
nikt nie patrzy i nikt nie dowiedziałby się o naszej nieuczciwości. Czasem
wystarczy uważność na drugiego człowieka – zwyczajne pytanie: „Jak się czujesz?
Czy mogę ci jakoś pomóc?”. Tak niewiele, a przecież właśnie w takich gestach
dobro staje się widzialne i bliskie.
Z perspektywy chrześcijańskiej u podstaw wychowania stoi prawda, że każdy
człowiek jest stworzony na obraz Boga i przez Niego kochany. Jego godność nie
zależy od sukcesu ani popularności. Wiara powinna pomagać żyć dobrze: przeżywać
cierpienie bez zadawania go innym, szukać pomocy bez wstydu i odzyskiwać
nadzieję po porażce.
Dziś nasza solidarność, współczucie i modlitwa należą się przede wszystkim
ofiarom i ich bliskim. Kiedy jednak tragiczne wydarzenia znikną z medialnych
nagłówków, pozostanie codzienna praca: być obecnym, dawać przykład, stawiać
granice i pomagać odkrywać sens życia. Zanim oskarżymy młodych, że nie szanują
życia, musimy zapytać samych siebie, co robimy, by nauczyli się je cenić.
