Po pierwsze, za niefortunny uważam sam moment publikacji.
Trudno bowiem abstrahować od aktualnego kontekstu geopolitycznego, w
szczególności od działań armii izraelskiej w Palestynie, a także – w ostatnim
czasie – w Iranie i Libanie. Chodzi tu przede wszystkim o tragiczny bilans
ofiar cywilnych, wśród których znajdują się również chrześcijanie: zarówno
palestyńscy, jak i libańscy. W takim kontekście list, który może być
odczytywany jako dość jednostronny, niemal filosemicki wręcz, rodzi uzasadnione
pytania o jego adekwatność i wrażliwość na cierpienie zwykłych ludzi dotkniętych
bliskowschodnim konfliktem.
Po drugie, poważny sprzeciw budzi zawarta w zakończeniu
dokumentu teza – wyrażona w sposób jednoznaczny – jakoby dla osiągnięcia
zbawienia nie było konieczne wyraźne wyznawanie wiary w Chrystusa, szczególnie
w odniesieniu do narodu żydowskiego. Twierdzenie to stoi w wyraźnym napięciu z
tradycyjnym nauczaniem Kościoła oraz z przesłaniem św. Pawła Apostoła, który
wielokrotnie w swoich listach oraz działalności misyjnej podkreślał centralną
rolę Chrystusa w dziele zbawienia. Tak daleko idąca interpretacja wymagałaby
znacznie głębszego uzasadnienia teologicznego, którego w omawianym liście
niestety brakuje.
Po trzecie, moje zastrzeżenia budzi sposób odwoływania się
do dziedzictwa św. Jana Pawła II. Odniosłem wrażenie, że jego nauczanie zostało
potraktowane selektywnie i wykorzystane jako argument wzmacniający określoną
tezę, co nosi znamiona klasycznego argumentum ad auctoritatem. Tymczasem bogactwo i
złożoność myśli papieża Polaka domaga się raczej całościowego i uczciwego
odczytania, a nie instrumentalnego przywoływania wybranych wątków. Niestety
takie instrumentalne – by nie powiedzieć: manipulacyjne – podejście do tekstów
Jana Pawła II jest aż nazbyt często obecne w różnego typu odezwach pasterzy
Kościoła w Polsce.
Jednocześnie, mimo krytycyzmu wobec samego dokumentu, nie
sposób przejść obojętnie wobec fali bezpardonowych, często skrajnie
emocjonalnych ataków, jakie spadły na biskupów. W wielu przypadkach wypowiedzi
te pozbawione były elementarnego szacunku należnego pasterzom Kościoła.
Szczególnie niepokojące jest to, że w głównym nurcie tej krytyki znaleźli się
często komentatorzy identyfikujący się jako prawicowi czy konserwatywni, którzy
– zamiast rzeczowej polemiki – przekraczali granice dopuszczalnej krytyki,
uciekając się do uproszczeń i wycieczek osobistych.
Sam również nie należę do bezkrytycznych odbiorców
epistolarnej twórczości członków Konferencji Episkopatu Polski. Uważam jednak,
że nawet zdecydowana niezgoda powinna wyrażać się w sposób wyważony, oparty na
argumentach merytorycznych, wolny od oskarżeń i retoryki nacechowanej
emocjonalnie. Tymczasem można odnieść wrażenie, że niektóre środowiska o
nastawieniu tradycjonalistycznym reagują na głos hierarchicznego Kościoła z
nieproporcjonalną gwałtownością – niemal instynktowną, a nie refleksyjną. Tego
rodzaju postawa nie tylko nie sprzyja poszukiwaniu prawdy, ale wręcz utrudnia
prowadzenie autentycznego dialogu wewnątrz Kościoła, który dziś wydaje się
szczególnie potrzebny. Pohukiwania i połajanki, zamiast merytorycznej rozmowy,
osłabiają w gruncie rzeczy siłę katolickiego świadectwa we współczesnym
świecie, któremu coraz dalej do ewangelicznej prawdy.

