środa, 4 marca 2026

Obsesja Kościoła?

Jeden z moich dawno niewidzianych znajomych, filozof i wykładowca na katolickiej uczelni, skomentował najnowszy wpis o. Dariusza Piórkowskiego na jego blogu (dariuszpiorkowski.pl). Jezuita pisał w nim o etyce seksualnej Kościoła, twierdząc, że przynajmniej niektóre jej elementy są przykładem „nakładania ciężarów nie do uniesienia”. Mój znajomy skwitował to krótko: „Mówmy ludziom, jak jest, a nie jak rzekomo powinno być według odrealnionych (nomen omen) koncepcji. Uczmy ludzi inaczej. Dajmy im decydować. I skończmy z tą kościelną obsesją na punkcie kontrolowania ludzkiej seksualności”.

Przeczytałem ten komentarz i, szczerze mówiąc, westchnąłem. Postulat „mówienia jak jest” brzmi kusząco, ale w gruncie rzeczy – takie mam odczucie – jest kapitulacją przed etycznym minimalizmem. To, co autor komentarza nazywa „odrealnionymi koncepcjami”, stanowi w istocie wymagającą wizję człowieka, postrzegającą go jako kogoś więcej niż tylko sumę popędów i doraźnych zachcianek.

Mówienie „jak jest” często sprowadza się do fatalistycznego stwierdzenia, że „przecież wszyscy tak robią”. Kościół natomiast wskazuje na to, kim człowiek może się stać, jeśli podejmie trud pracy nad sobą. To nie jest odrealnienie – to stawianie poprzeczki wysoko. Bez ideałów, nawet tych najtrudniejszych, stajemy się zakładnikami własnej biologii i chwilowych impulsów.

Z kolei postulat „dajmy ludziom decydować” milcząco zakłada, że człowiek jest zawsze w pełni wolny i racjonalny. Tymczasem współczesna kultura, odarta z chrześcijańskiego fundamentu, wcale nie oferuje wolności. Poddaje nas jedynie nowym formom kontroli: dyktatowi trendów, pornografizacji relacji i konsumpcyjnemu podejściu do drugiego człowieka.

To, co bywa nazywane „obsesją kontroli”, w nauczaniu Kościoła jest w rzeczywistości ochroną świętości. Mam tu na myśli takie ujęcie, którego znakomitą egzemplifikacją jest Teologia Ciała Jana Pawła II, a nie odarta z głębi i duchowości kazuistyka niektórych kaznodziejów czy moralistów.

Seksualność to sfera tak potężna, a zarazem krucha, że pozostawienie jej bez żadnych drogowskazów („niech każdy robi, co chce”) nieuchronnie prowadzi do uprzedmiotowienia drugiego człowieka. Kościół nie dąży do kontroli dla samej władzy; chce jedynie przypominać, że ciało i duch stanowią nierozerwalną jedność. Ich rozdzielenie zawsze kończy się jakąś formą urzeczowienia. Ofiar tego procesu jest aż nadto – i nie mam tu na myśli wyłącznie skrajnych i drastycznych przypadków, takich jak gwałty czy pedofilia, ale także powszechny dziś, bolesny emocjonalny chłód, prowadzący bardzo często do rozpadu więzi, szczególnie tych małżeńskich.

Ludzie wyznający w konfesjonale różne formy nieczystości zazwyczaj nie czują się udręczeni presją „odrealnionych” norm etycznych, lecz raczej własną popędliwością, która czyni ich niewolnikami ciała. Doświadczają stanu, który tak przejmująco opisał św. Paweł: „Łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać - nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka.  Albowiem wewnętrzny człowiek we mnie ma upodobanie zgodne z Prawem Bożym. W członkach zaś moich spostrzegam prawo inne, które toczy walkę z prawem mojego umysłu i podbija mnie w niewolę pod prawo grzechu mieszkającego w moich członkach. Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, co wiedzie ku tej śmierci?”.

To ostatnie pytanie jest kluczowe. W odzyskiwaniu utraconej wolności nie pomogą „dobrzy wujkowie” w koloratkach, którzy będą radzić: „nie musicie od siebie zbyt wiele wymagać, decydujcie sami, zgodnie z waszymi indywidualnymi upodobaniami”. Taka postawa to de facto pozostawienie człowieka samemu sobie w jego słabości. Św. Paweł widzi ratunek zupełnie gdzie indziej: „Dzięki niech będą Bogu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego!”.

Autor komentarza proponuje, by „uczyć ludzi inaczej”. Co to jednak oznacza w praktyce? Całkowite odrzucenie tradycji moralnej? Chrześcijańska antropologia ma za sobą dwa tysiąclecia zgłębiania ludzkiej natury. Tymczasem współczesne, głównie neomarksistowskie narracje etyczne zmierzają w stronę coraz większego permisywizmu, zostawiając po sobie jedynie poranione serca i rozpad więzi społecznych.

Prawdziwa troska o człowieka nie polega na obniżaniu standardów do poziomu bezkrytycznych wyznawców ideologii „róbta, co chceta”, lecz na konsekwentnym głoszeniu prawdy, że wolność pozbawiona odpowiedzialności i obiektywnego ładu moralnego jest po prostu drogą donikąd. Czy słowa Jezusa: „A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa” (Mt 5, 28) to wyraz „obsesji kontroli”? Czy może raczej przejaw wymagającej miłości, która nie daje przyzwolenia na uleganie słabościom, bo zna niszczącą, uprzedmiotawiającą siłę niekontrolowanych popędów?

sobota, 14 lutego 2026

Zatrzymać marsz ku przepaści

Dwa dni temu Parlament Europejski odrzucił poprawkę, która – jak mogłoby się wydawać – stwierdzała fakt elementarny: „tylko biologiczna kobieta może zajść w ciążę”. Za jej przyjęciem głosowało 200 europosłów, 107 wstrzymało się od głosu, a 233 było przeciw. Sama treść głosowania mówi więcej o stanie współczesnej Europy niż niejeden raport czy akademicka analiza.

Nie chodzi tu już wyłącznie o spór światopoglądowy. Chodzi o coś głębszego – o utratę zdolności odróżniania rzeczy oczywistych od konstrukcji ideologicznych. Kiedy polityczna większość zaczyna kwestionować biologiczne fundamenty rzeczywistości, trudno nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z kryzysem cywilizacyjnym, a nie tylko z kolejną parlamentarną potyczką.

Europa od lat odcina się od własnych korzeni. Odrzuciła de facto chrześcijaństwo jako źródło sensu, miary dobra i zła, fundamentu godności osoby ludzkiej. W zamian zaproponowano projekt neutralności światopoglądowej, który w praktyce coraz częściej przybiera postać agresywnego laicyzmu. Neutralność przekształciła się w programową obojętność wobec prawdy, a ta – w postępujący w szybkim tempie relatywizm.

Efektem jest duchowa pustka. Kontynent, który przez wieki czerpał z Ewangelii inspirację dla prawa, kultury i etosu społecznego, dziś sprawia wrażenie zagubionego. Z jednej strony deklaruje otwartość i tolerancję, z drugiej – nie potrafi skutecznie integrować przybyszów ani bronić własnej tożsamości. Albo zamyka ich w gettach równoległych światów, albo bezradnie kapituluje wobec coraz bardziej radykalnych ideologii.

Paradoks polega na tym, że sekularyzm, który miał gwarantować pluralizm i multikulturalizm, coraz częściej prowadzi do marginalizacji chrześcijaństwa – religii, która współtworzyła Europę. W imię „postępu”, w ideologicznym amoku demontuje się fundamenty, na których zbudowano jej tożsamość.

Historia XX wieku powinna była nas czegoś nauczyć. Nazizm i komunizm – dwa systemy jawnie odrzucające Boga – pokazały, jak wygląda świat, w którym człowiek sam ustanawia się ostateczną miarą wszystkiego. Miliony ofiar i zgliszcza całych narodów nie były przecież przypadkiem, lecz konsekwencją odcięcia moralności od transcendencji.

Dzisiejsze elity europejskie zdają się coraz bardziej oddalać od wizji ojców założycieli wspólnoty – chrześcijańskich polityków, takich jak Konrad Adenauer, Robert Schuman, Alcide De Gasperi czy Charles de Gaulle, którzy widzieli w integracji europejskiej nie tylko projekt gospodarczy, lecz także moralny. W ich myśleniu Europa była wspólnotą wartości zakorzenionych w personalizmie i chrześcijańskiej antropologii. Dziś coraz częściej przypomina technokratyczny projekt zarządzany przez biurokratyczne centra decyzyjne.

Jeśli Europa nie odnajdzie na nowo swojej duszy poprzez powrót do swych duchowych korzeni i uznanie chrześcijaństwa za kluczowy element własnej tożsamości, będzie dryfować – coraz bardziej podatna na ideologiczne szaleństwa i coraz mniej zdolna do obrony własnej spójności.

Może więc warto – nawet z czysto pragmatycznych powodów – wrócić do intuicji Pascala i skierować do Europejczyków apel: „Żyjcie tak, jakby Bóg istniał” – nawet jeśli deklarujecie się jako niewierzący. Nie jako hasło dewocyjne, lecz jako cywilizacyjny kompas. 

Swego czasu z takim apelem zwrócił się do mieszkańców naszego kontynentu filozof Marcello Pera, przyjaciel papieża Benedykta, agnostyk, sam siebie określający jako „liberała i laika”. Przyjęcie takiego apelu jest jednak trudne, a dla wielu przedstawicieli samozwańczych elit, przeżartych pychą, wręcz niemożliwe. Taka postawa bowiem zakłada pokorę wobec tajemnicy istnienia i uznanie ludzkiej ograniczoności. Oznacza rezygnację z iluzji wszechmocy i absolutnej autonomii, które na pozór budują, lecz ostatecznie degradują człowieka.

Bez powrotu jednak do tego, co przez wieki stanowiło o sile i wielkości  Europy może ona utracić nie tylko pamięć o swojej przeszłości, lecz także zdolność budowania przyszłości. Bądźmy tego świadomi i nie oddawajmy jej losu – a przez to także losu naszej Ojczyzny – w ręce tych, którzy prowadzą ją ku przepaści.