sobota, 14 lutego 2026

Zatrzymać marsz ku przepaści

Dwa dni temu Parlament Europejski odrzucił poprawkę, która – jak mogłoby się wydawać – stwierdzała fakt elementarny: „tylko biologiczna kobieta może zajść w ciążę”. Za jej przyjęciem głosowało 200 europosłów, 107 wstrzymało się od głosu, a 233 było przeciw. Sama treść głosowania mówi więcej o stanie współczesnej Europy niż niejeden raport czy akademicka analiza.

Nie chodzi tu już wyłącznie o spór światopoglądowy. Chodzi o coś głębszego – o utratę zdolności odróżniania rzeczy oczywistych od konstrukcji ideologicznych. Kiedy polityczna większość zaczyna kwestionować biologiczne fundamenty rzeczywistości, trudno nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z kryzysem cywilizacyjnym, a nie tylko z kolejną parlamentarną potyczką.

Europa od lat odcina się od własnych korzeni. Odrzuciła de facto chrześcijaństwo jako źródło sensu, miary dobra i zła, fundamentu godności osoby ludzkiej. W zamian zaproponowano projekt neutralności światopoglądowej, który w praktyce coraz częściej przybiera postać agresywnego laicyzmu. Neutralność przekształciła się w programową obojętność wobec prawdy, a ta – w postępujący w szybkim tempie relatywizm.

Efektem jest duchowa pustka. Kontynent, który przez wieki czerpał z Ewangelii inspirację dla prawa, kultury i etosu społecznego, dziś sprawia wrażenie zagubionego. Z jednej strony deklaruje otwartość i tolerancję, z drugiej – nie potrafi skutecznie integrować przybyszów ani bronić własnej tożsamości. Albo zamyka ich w gettach równoległych światów, albo bezradnie kapituluje wobec coraz bardziej radykalnych ideologii.

Paradoks polega na tym, że sekularyzm, który miał gwarantować pluralizm i multikulturalizm, coraz częściej prowadzi do marginalizacji chrześcijaństwa – religii, która współtworzyła Europę. W imię „postępu”, w ideologicznym amoku demontuje się fundamenty, na których zbudowano jej tożsamość.

Historia XX wieku powinna była nas czegoś nauczyć. Nazizm i komunizm – dwa systemy jawnie odrzucające Boga – pokazały, jak wygląda świat, w którym człowiek sam ustanawia się ostateczną miarą wszystkiego. Miliony ofiar i zgliszcza całych narodów nie były przecież przypadkiem, lecz konsekwencją odcięcia moralności od transcendencji.

Dzisiejsze elity europejskie zdają się coraz bardziej oddalać od wizji ojców założycieli wspólnoty – chrześcijańskich polityków, takich jak Konrad Adenauer, Robert Schuman, Alcide De Gasperi czy Charles de Gaulle, którzy widzieli w integracji europejskiej nie tylko projekt gospodarczy, lecz także moralny. W ich myśleniu Europa była wspólnotą wartości zakorzenionych w personalizmie i chrześcijańskiej antropologii. Dziś coraz częściej przypomina technokratyczny projekt zarządzany przez biurokratyczne centra decyzyjne.

Jeśli Europa nie odnajdzie na nowo swojej duszy poprzez powrót do swych duchowych korzeni i uznanie chrześcijaństwa za kluczowy element własnej tożsamości, będzie dryfować – coraz bardziej podatna na ideologiczne szaleństwa i coraz mniej zdolna do obrony własnej spójności.

Może więc warto – nawet z czysto pragmatycznych powodów – wrócić do intuicji Pascala i skierować do Europejczyków apel: „Żyjcie tak, jakby Bóg istniał” – nawet jeśli deklarujecie się jako niewierzący. Nie jako hasło dewocyjne, lecz jako cywilizacyjny kompas. 

Swego czasu z takim apelem zwrócił się do mieszkańców naszego kontynentu filozof Marcello Pera, przyjaciel papieża Benedykta, agnostyk, sam siebie określający jako „liberała i laika”. Przyjęcie takiego apelu jest jednak trudne, a dla wielu przedstawicieli samozwańczych elit, przeżartych pychą, wręcz niemożliwe. Taka postawa bowiem zakłada pokorę wobec tajemnicy istnienia i uznanie ludzkiej ograniczoności. Oznacza rezygnację z iluzji wszechmocy i absolutnej autonomii, które na pozór budują, lecz ostatecznie degradują człowieka.

Bez powrotu jednak do tego, co przez wieki stanowiło o sile i wielkości  Europy może ona utracić nie tylko pamięć o swojej przeszłości, lecz także zdolność budowania przyszłości. Bądźmy tego świadomi i nie oddawajmy jej losu – a przez to także losu naszej Ojczyzny – w ręce tych, którzy prowadzą ją ku przepaści.


czwartek, 12 lutego 2026

Ks. Józef Kurkowski SCJ

Ks. Józef z moim bratem i bratową

Ks. Józef Kurkowski jest sercaninem – zakonnikiem ze Zgromadzenia Księży Najświętszego Serca Jezusowego. Urodził się w 1944 roku w Sędziszowie. W rodzinnej parafii św. Apostołów Piotra i Pawła przyjął sakrament chrztu świętego oraz bierzmowanie, tam też dojrzewało jego powołanie. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1969 roku. Niespełna trzydziestoletni zakonnik wyruszył wówczas na misje do Indonezji – i pozostał tam do dziś. Oznacza to ponad pięćdziesiąt lat wiernej, nieprzerwanej posługi na dalekiej ziemi.

Swoją działalność rozpoczął w archidiecezji Palembang na południowej Sumatrze. Pierwszą samodzielną placówką, którą powierzono młodemu kapłanowi, było miasteczko Lahat. Prowadził tam internat dla sześćdziesięciu chłopców z zamożnych rodzin. Była to odpowiedzialna i wymagająca funkcja, szczególnie dla misjonarza rozpoczynającego pracę w zupełnie nowej kulturze, języku i realiach społecznych.

W kolejnych latach pracował w dziesięciu parafiach – w ciągu trzydziestu sześciu lat – głównie na terenie diecezji Tanjung Karang w prowincji Lampung, na południu Sumatry. Były to często wspólnoty rozproszone, funkcjonujące w trudnych warunkach, wymagające ogromnej wytrwałości, cierpliwości i zaufania Bożej Opatrzności. 

Dziś ks. Józef jest już księdzem emerytem, jednak jego „emerytura” ma charakter wyłącznie formalny. Mieszka w Dżakarcie i mimo podeszłego wieku nadal aktywnie posługuje w parafii św. Stefana w dzielnicy Cilandak w południowej części miasta, gdzie obecnie rezyduje.

Poznałem go w ubiegłym roku na Bali, podczas ślubu mojego brata. Spotkaliśmy się również na przyjęciu weselnym, a następnego dnia – w szerszym gronie – przy kawie. Już przy pierwszym kontakcie zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Jest człowiekiem niezwykle pokornym, otwartym i serdecznym. Uderzyła mnie jego naturalna życzliwość wobec drugiego człowieka oraz łatwość nawiązywania relacji. Odczułem to osobiście, choć nie należę do osób, które z miejsca zdobywają sympatię innych. W jego postawie nie było jednak cienia dystansu czy wyniosłości – jedynie prostota i autentyczność.

Pięćdziesiąt lat wiernej, gorliwej pracy misyjnej – nierzadko w trudnych, pionierskich warunkach, zwłaszcza na początku pobytu w Indonezji – jest bez wątpienia świadectwem głębokiej wiary i całkowitego oddania powołaniu. Takie świadectwo zawsze mnie porusza i buduje. Pokazuje, że kapłaństwo może być drogą konsekwentnej, cichej służby, przeżywanej z dala od rozgłosu. 

I zmoimi siostrami

W każdej rozmowie ks. Józef z wielkim zainteresowaniem pytał o sprawy Polski. Mimo wieloletniego pobytu za granicą, uważnie śledzi wydarzenia w kraju za pośrednictwem Internetu. Do ojczyzny przyjeżdża jedynie raz na kilka lat. Zdumiał mnie jednak jego szczery i spokojny zamiar, by umrzeć w Indonezji i tam zostać pochowanym. Całe swoje kapłańskie życie spędził wśród Indonezyjczyków, dlatego uznał, że również po śmierci chce pozostać pośród tych, którym tak wiernie i ofiarnie służył. W tej deklaracji dostrzegłem głęboką miłość do ludzi oraz niezwykłą konsekwencję życiowego wyboru.

Wiem, że ksiądz Józef zagląda na mojego bloga, dlatego w tym miejscu chcę mu serdecznie podziękować. Drogi Księże Józefie – dziękuję za nasze spotkania, rozmowy i Twoje świadectwo. Naprawdę cieszę się, że mogłem Cię poznać. Być może jeszcze kiedyś dane nam będzie się spotkać – jeśli nie w Indonezji, to może w Polsce.

P.S. Warto dodać, że w przeddzień Święta Niepodległości w 2016 roku ks. Józef Kurkowski wraz z trzema innymi sercanami otrzymał Order Odrodzenia Polski – Polonia Restituta, który w imieniu Prezydenta RP Andrzeja Dudy wręczył w Dżakarcie ambasador Rzeczypospolitej Polskiej w Indonezji. Odznaczenie zostało przyznane jako wyraz uznania za „poświęcenie i pracę misyjną dla dobra Kościoła w Indonezji oraz narodu indonezyjskiego”.

niedziela, 8 lutego 2026

Refleksje po kolędzie

Jeszcze dziesięć lat temu niemal połowa rodzin w parafii św. Marka Ewangelisty na warszawskim Targówku otwierała drzwi kapłanowi podczas wizyty duszpasterskiej. Dziś czyni to nieco ponad 30 procent. To wyraźny spadek, który nie jest jedynie statystyczną ciekawostką – to czytelny i bolesny znak głębokich przemian społecznych, kulturowych oraz duchowych.

Część naszych wiernych, wśród których było wielu pobożnych, oddanych parafian, odeszła już do wieczności (w naszej parafii notujemy ponad 100 zgonów rocznie). Inni, często młodzi, wyprowadzili się, a ich miejsce zajęli nowi mieszkańcy: głównie najemcy, nierzadko pochodzący z Ukrainy, którzy nie czują jeszcze więzi z lokalną wspólnotą. Wiele mieszkań stoi również pustych.

Powody, dla których tak wielu mieszkańców nie przyjmuje księdza po kolędzie, są złożone: od religijnej obojętności i braku identyfikacji z parafią, po postawy wyraźnie antyklerykalne. Jedno pozostaje niezmienne: osoby te znajdują się dziś na peryferiach Kościoła, a w niektórych przypadkach – faktycznie poza nim.

Papież Franciszek, mówiąc kiedyś o peryferiach, miał na myśli głównie osoby ubogie materialnie i wykluczone, co wynikało z jego doświadczeń w Buenos Aires. Jednak peryferia europejskie mają inny charakter. To „peryferia mentalne” – miejsca, w których światopogląd został ukształtowany przez narracje antyreligijne i agresywny laicyzm.

Tegoroczna kolęda pokazała, że obszar tych peryferii się powiększa. Trudno więc nie postawić sobie zasadniczego pytania: jak dotrzeć z Dobrą Nowiną do tych, którzy nie tylko nie chcą jej słuchać, ale wręcz się jej lękają lub nią gardzą? Czy należy próbować dotrzeć do nich za wszelką cenę? I czy ma to sens?

Choć chrześcijanin musi być człowiekiem nadziei, trudno uciec od wrażenia, że wielu naszych „braci oddalonych” stało się duszpastersko niemal nieosiągalnych. Ich uprzedzenia są głęboko zakorzenione. A jednak – Bóg działa. Przypowieść o synu marnotrawnym przypomina, że czas duchowej rozrzutności może się skończyć, nawet jeśli droga do domu wiedzie przez bolesne doświadczenie „jedzenia strąków”, przez samotność i upokorzenie.

Dlatego nie wolno nam nikogo skreślać. Musimy szukać okazji do dialogu, modlić się i trwać, nawet jeśli przełom wydaje się wymagać radykalnej zmiany cywilizacyjnej. Czy jest na to szansa?

Być może. Zachodnie społeczeństwa coraz wyraźniej odczuwają zmęczenie duchową pustką. Widać to czasem w wyborach politycznych i zwrocie ku wartościom konserwatywnym. Jeśli to przebudzenie przeniknie do mediów i kultury, może dotrzeć także do ludzkich serc. Wtedy ci z peryferii zaczną powoli wracać ku centrum.

Dziś jednak musimy zacząć od siebie. Zarówno my, księża, jak i wierni świeccy, musimy pamiętać, że to my w pierwszej kolejności jesteśmy wezwani do nieustannego nawracania się. Cóż nam po tym, że jesteśmy w centrum Kościoła instytucjonalnego, jeśli Bóg znajduje się na peryferiach naszego serca?

czwartek, 8 stycznia 2026

Pani Zosia

Dzisiejsza Ewangelia ukazuje nam Jezusa, który na widok wielkiego tłumu „lituje się nad nimi”. Serce Zbawiciela porusza widok ludzi przybyłych zewsząd, by szukać u Niego ratunku i nadziei. Jezus dostrzega ich głęboki, duchowy głód – widzi w nich owce niemające pasterza. To dlatego, odkładając na bok własne zmęczenie, poświęca im czas i karmi ich mądrością swojego słowa.

Tymczasem postawa uczniów jest inna. Gdy widzą, że zgromadzeni ludzie są głodni, proszą Jezusa, aby ich odprawił – by mogli sami o siebie zadbać i zaradzić swoim potrzebom. Jezus jednak odpowiada: „Wy dajcie im jeść!”.

To symboliczna scena. Jezus mówi w niej do każdego z nas: „Podnieś oczy! Przestań skupiać się wyłącznie na sobie i własnych potrzebach. Zobacz, ile głodu jest wokół ciebie”. Każdy dzień daje nam mnóstwo okazji, by kogoś nakarmić – dobrym słowem, uśmiechem czy innym gestem życzliwości. Być może sami nie posiadamy wiele, ale warto umieć dzielić się z tymi, którzy mają jeszcze mniej. Może i my borykamy się z kłopotami, ale inni dźwigają nieraz znacznie większe ciężary.

Chrześcijanin to ktoś, kto ma dobre serce i potrafi tę dobroć wyrażać w najprostszych odruchach. Jestem przekonany, że taką właśnie osobą była śp. pani Zofia Wielądek, którą dzisiaj, podczas Mszy pogrzebowej, razem z ks. Łukaszem Piotrowskim i ze wszystkimi jej uczestnikami powierzałem Bożemu miłosierdziu.

Kiedy ponad jedenaście lat temu przyszedłem do parafii św. Marka jako proboszcz, nie znałem tu nikogo. Bardzo szybko jednak poznałem panią Zosię i równie szybko doświadczyłem jej dobroci, która najczęściej objawiała się w uśmiechu oraz przyjaznym, ciepłym słowie. Gdy przychodziła do zakrystii, często brała mnie za rękę i mówiła: „Księże – a nawet księżulku – kochany…”. Chętnie dzieliła się swoimi przeżyciami, czasem trudnymi, zwłaszcza w ostatnim czasie. Nigdy przy tym nie była natrętna ani absorbująca; w jej postawie nie było ani krzty roszczeniowości.

W końcowym etapie życia ciężko chorowała, ale nie narzekała. Czasami, gdy opowiadała nieco dłużej o swoich dolegliwościach, po chwili przerywała z pokorą: „Ale nie ma co narzekać. Będzie, co Bóg da. Niech się dzieje Jego wola”.

Nie ukrywam, że będzie mi brakować jej obecności. Także tych spotkań w jej domu. Bardzo ceniłem sobie owe wspólne kolacje, na które zapraszała mnie wraz ze swoim mężem, panem Janem. Spotkanie z ludźmi tak otwartymi i życzliwymi zawsze daje nam, księżom, nowe siły.

Z tych rozmów wyniosłem też obraz pani Zosi jako osoby głęboko kochającej Ojczyznę. Często wyrażała troskę o jej losy. Bolało ją, że tak wielu rodaków odrzuca wartości będące fundamentem naszej narodowej tożsamości, jednak w tym bólu nigdy nie była zacietrzewiona czy napastliwa. Zamiast tego mówiła o modlitwie – modliła się za tych, którzy zaniedbują, a niekiedy wręcz niszczą duchowe dziedzictwo kraju.

Przejmowała się losem najbliższych, ale pamiętała też o nas, duszpasterzach. Miałem szczególne miejsce w jej modlitwie. „Modlę się za ciebie, księże kochany” – tak często powtarzała. Z tych spotkań zawsze wychodziłem umocniony, a na dodatek obdarowany różnymi wiktuałami. To cecha ludzi prawdziwie dobrych: potrafią dzielić się tym, co mają, i czynią to z radością, niosąc w sercu słowa Pana, że „więcej szczęścia jest w dawaniu, aniżeli w braniu”. Szkoda, przynajmniej takie odnoszę wrażenie, że takich ludzi, tak prostych i dobrych zarazem, jest coraz mniej na świecie.

Wierzę, a właściwie jestem pewien, że pani Zosia – w nagrodę za swoje dobre serce – doświadcza teraz pełni szczęścia, będącego owocem wiecznego zjednoczenia z Bogiem. Droga Pani Zosiu, odpoczywaj w pokoju!