niedziela, 8 lutego 2026

Refleksje po kolędzie

Jeszcze dziesięć lat temu niemal połowa rodzin w parafii św. Marka Ewangelisty na warszawskim Targówku otwierała drzwi kapłanowi podczas wizyty duszpasterskiej. Dziś czyni to nieco ponad 30 procent. To wyraźny spadek, który nie jest jedynie statystyczną ciekawostką – to czytelny i bolesny znak głębokich przemian społecznych, kulturowych oraz duchowych.

Część naszych wiernych, wśród których było wielu pobożnych, oddanych parafian, odeszła już do wieczności (w naszej parafii notujemy ponad 100 zgonów rocznie). Inni, często młodzi, wyprowadzili się, a ich miejsce zajęli nowi mieszkańcy: głównie najemcy, nierzadko pochodzący z Ukrainy, którzy nie czują jeszcze więzi z lokalną wspólnotą. Wiele mieszkań stoi również pustych.

Powody, dla których tak wielu mieszkańców nie przyjmuje księdza po kolędzie, są złożone: od religijnej obojętności i braku identyfikacji z parafią, po postawy wyraźnie antyklerykalne. Jedno pozostaje niezmienne: osoby te znajdują się dziś na peryferiach Kościoła, a w niektórych przypadkach – faktycznie poza nim.

Papież Franciszek, mówiąc kiedyś o peryferiach, miał na myśli głównie osoby ubogie materialnie i wykluczone, co wynikało z jego doświadczeń w Buenos Aires. Jednak peryferia europejskie mają inny charakter. To „peryferia mentalne” – miejsca, w których światopogląd został ukształtowany przez narracje antyreligijne i agresywny laicyzm.

Tegoroczna kolęda pokazała, że obszar tych peryferii się powiększa. Trudno więc nie postawić sobie zasadniczego pytania: jak dotrzeć z Dobrą Nowiną do tych, którzy nie tylko nie chcą jej słuchać, ale wręcz się jej lękają lub nią gardzą? Czy należy próbować dotrzeć do nich za wszelką cenę? I czy ma to sens?

Choć chrześcijanin musi być człowiekiem nadziei, trudno uciec od wrażenia, że wielu naszych „braci oddalonych” stało się duszpastersko niemal nieosiągalnych. Ich uprzedzenia są głęboko zakorzenione. A jednak – Bóg działa. Przypowieść o synu marnotrawnym przypomina, że czas duchowej rozrzutności może się skończyć, nawet jeśli droga do domu wiedzie przez bolesne doświadczenie „jedzenia strąków”, przez samotność i upokorzenie.

Dlatego nie wolno nam nikogo skreślać. Musimy szukać okazji do dialogu, modlić się i trwać, nawet jeśli przełom wydaje się wymagać radykalnej zmiany cywilizacyjnej. Czy jest na to szansa?

Być może. Zachodnie społeczeństwa coraz wyraźniej odczuwają zmęczenie duchową pustką. Widać to czasem w wyborach politycznych i zwrocie ku wartościom konserwatywnym. Jeśli to przebudzenie przeniknie do mediów i kultury, może dotrzeć także do ludzkich serc. Wtedy ci z peryferii zaczną powoli wracać ku centrum.

Dziś jednak musimy zacząć od siebie. Zarówno my, księża, jak i wierni świeccy, musimy pamiętać, że to my w pierwszej kolejności jesteśmy wezwani do nieustannego nawracania się. Cóż nam po tym, że jesteśmy w centrum Kościoła instytucjonalnego, jeśli Bóg znajduje się na peryferiach naszego serca?