Jeszcze
większe zdumienie wywołuje we mnie fakt, że dla wielu lekarzy, którzy składali
przecież przysięgę Hipokratesa, zabijanie nienarodzonych dzieci nie stanowi
moralnego dylematu. Ślubowali chronić życie, a jednak są wśród nich tacy,
którzy uczynili z aborcji nie tylko procedurę medyczną, ale wręcz źródło zysku.
Jak pogodzić medycynę, której rdzeniem ma być troska o życie, z procederem,
który życie unicestwia u samego jego zarania? Czy naprawdę można mówić o etyce
lekarskiej tam, gdzie bezbronność pacjenta nie jest argumentem za jego ochroną,
lecz staje się przesłanką do jego eliminacji?
Pamiętam,
jak wiele lat temu — gdy w Polsce po raz pierwszy próbowano zliberalizować
prawo do aborcji — posłem sprawozdawcą był znany lekarz, człowiek, którego
niegdyś wspierałem z pełnym przekonaniem, gdy w pierwszych, jeszcze nie w pełni
demokratycznych wyborach kandydował do Sejmu jako reprezentant środowisk
obywatelskich. Z pewnością wiedział, że dzieci urodzone po 22. tygodniu ciąży
mają już szansę na przeżycie poza organizmem matki. A mimo to, zgodnie z
projektem ustawy, postulował możliwość zabijania dzieci nienarodzonych aż do
szóstego miesiąca włącznie. Jego wystąpienie w parlamencie było dla mnie
bolesnym widokiem. Nie z powodu różnicy zdań — bo te są w demokracji
nieuniknione — lecz z powodu pęknięcia na poziomie fundamentów: zderzenia etosu
służby życiu z aprobatą dla jego niszczenia.
Z
podobnym bólem patrzę na osoby, które uważają się za wierzące, a mimo to
dopuszczają możliwość aborcji — jakby wiara mogła być oddzielona od etyki,
jakby Dekalog kończył się na pierwszej tablicy. To rozszczepienie sumienia, ta
dychotomia pomiędzy wyznawaną religią a praktyką moralną, jest znakiem naszych
czasów: epoki, w której wszystko można zrelatywizować, a każdą wartość osłabić
poprzez wątpliwość i ideologiczną reinterpretację.
Na
szczęście w Polsce toczyły się i wciąż toczą debaty, które wielu osobom
otworzyły oczy. Dzięki nim wielu ludzi uświadomiło sobie, czym w rzeczywistości
jest aborcja — nie neutralnym moralnie „zabiegiem” ani „kwestią wyboru”, lecz
decyzją o odebraniu życia drugiemu człowiekowi. I choć ofensywa relatywizmu,
skrytego pod pozornie neutralną retoryką praw jednostki, nie ustaje, to nadal
istnieje niemała rzesza tych, którzy z odwagą i przekonaniem wybierają życie.
Dowodem na to są ludzie biorący udział w marszach pro-life, choć nie zawsze
spotykają się z aprobatą przechodniów i gapiów. Najbliższy taki marsz –
Narodowy Marsz Życia – odbędzie się w najbliższą niedzielę w Warszawie.
Mam
nadzieję, że sprzeciw wobec aborcji będzie przybierał na sile — że nie zgaśnie,
lecz stanie się jednym z najważniejszych głosów naszego czasu. Przyszłość
cywilizacji nie zależy bowiem od liczby wynalazków ani poziomu technologicznego
zaawansowania, lecz od tego, czy zdołamy ocalić najprostszą z prawd: że życie
jest święte i zawsze warte obrony — bez względu na to, czy potrafi już o siebie
walczyć, czy wciąż trwa w bezbronnym milczeniu. Jeśli utracimy instynkt ochrony
najsłabszych, żadne osiągnięcia — choćby najbardziej spektakularne — nie będą
miały znaczenia. Cywilizacja, która przestaje chronić życie, zaczyna podcinać
własne korzenie. Bo zanegowanie wartości życia nigdy nie przynosi dobrych
owoców — prędzej czy później obraca się przeciwko tym, którzy je
usprawiedliwiali.
