Jeden z moich dawno niewidzianych znajomych, filozof i wykładowca na katolickiej uczelni, skomentował najnowszy wpis o. Dariusza Piórkowskiego na jego blogu (dariuszpiorkowski.pl). Jezuita pisał w nim o etyce seksualnej Kościoła, twierdząc, że przynajmniej niektóre jej elementy są przykładem „nakładania ciężarów nie do uniesienia”. Mój znajomy skwitował to krótko: „Mówmy ludziom, jak jest, a nie jak rzekomo powinno być według odrealnionych (nomen omen) koncepcji. Uczmy ludzi inaczej. Dajmy im decydować. I skończmy z tą kościelną obsesją na punkcie kontrolowania ludzkiej seksualności”.
Przeczytałem ten komentarz i,
szczerze mówiąc, westchnąłem. Postulat „mówienia jak jest” brzmi kusząco, ale w
gruncie rzeczy – takie mam odczucie – jest kapitulacją przed etycznym
minimalizmem. To, co autor komentarza nazywa „odrealnionymi koncepcjami”,
stanowi w istocie wymagającą wizję człowieka, postrzegającą go jako kogoś
więcej niż tylko sumę popędów i doraźnych zachcianek.
Mówienie „jak jest” często
sprowadza się do fatalistycznego stwierdzenia, że „przecież wszyscy tak robią”.
Kościół natomiast wskazuje na to, kim człowiek może się stać, jeśli podejmie
trud pracy nad sobą. To nie jest odrealnienie – to stawianie poprzeczki wysoko.
Bez ideałów, nawet tych najtrudniejszych, stajemy się zakładnikami własnej
biologii i chwilowych impulsów.
Z kolei postulat „dajmy
ludziom decydować” milcząco zakłada, że człowiek jest zawsze w pełni wolny i
racjonalny. Tymczasem współczesna kultura, odarta z chrześcijańskiego
fundamentu, wcale nie oferuje wolności. Poddaje nas jedynie nowym formom
kontroli: dyktatowi trendów, pornografizacji relacji i konsumpcyjnemu podejściu
do drugiego człowieka.
To, co bywa nazywane „obsesją
kontroli”, w nauczaniu Kościoła jest w rzeczywistości ochroną świętości. Mam tu
na myśli takie ujęcie, którego znakomitą egzemplifikacją jest Teologia Ciała
Jana Pawła II, a nie odarta z głębi i duchowości kazuistyka niektórych
kaznodziejów czy moralistów.
Seksualność to sfera tak potężna, a zarazem
krucha, że pozostawienie jej bez żadnych drogowskazów („niech każdy robi, co
chce”) nieuchronnie prowadzi do uprzedmiotowienia drugiego człowieka. Kościół
nie dąży do kontroli dla samej władzy; chce jedynie przypominać, że ciało i
duch stanowią nierozerwalną jedność. Ich rozdzielenie zawsze kończy się jakąś
formą urzeczowienia. Ofiar tego procesu jest aż nadto – i nie mam tu na myśli
wyłącznie skrajnych i drastycznych przypadków, takich jak gwałty czy pedofilia,
ale także powszechny dziś, bolesny emocjonalny chłód, prowadzący bardzo często
do rozpadu więzi, szczególnie tych małżeńskich.
Ludzie wyznający w konfesjonale różne formy
nieczystości zazwyczaj nie czują się udręczeni presją „odrealnionych” norm
etycznych, lecz raczej własną popędliwością, która czyni ich niewolnikami
ciała. Doświadczają stanu, który tak przejmująco opisał św. Paweł: „Łatwo przychodzi mi chcieć tego, co
dobre, ale wykonać - nie. Nie czynię bowiem dobra,
którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego
nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka. Albowiem wewnętrzny człowiek we
mnie ma upodobanie zgodne z Prawem Bożym. W członkach zaś moich spostrzegam
prawo inne, które toczy walkę z prawem mojego umysłu i podbija mnie w niewolę
pod prawo grzechu mieszkającego w moich członkach. Nieszczęsny ja człowiek!
Któż mnie wyzwoli z ciała, co wiedzie ku tej śmierci?”.
To ostatnie pytanie jest kluczowe. W odzyskiwaniu
utraconej wolności nie pomogą „dobrzy wujkowie” w koloratkach, którzy będą
radzić: „nie musicie od siebie zbyt wiele wymagać, decydujcie sami, zgodnie z
waszymi indywidualnymi upodobaniami”. Taka postawa to de facto pozostawienie
człowieka samemu sobie w jego słabości. Św. Paweł widzi ratunek zupełnie gdzie
indziej: „Dzięki niech będą Bogu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego!”.
Autor komentarza proponuje, by „uczyć ludzi
inaczej”. Co to jednak oznacza w praktyce? Całkowite odrzucenie tradycji
moralnej? Chrześcijańska antropologia ma za sobą dwa tysiąclecia zgłębiania
ludzkiej natury. Tymczasem współczesne, głównie neomarksistowskie narracje
etyczne zmierzają w stronę coraz większego permisywizmu, zostawiając po sobie
jedynie poranione serca i rozpad więzi społecznych.
Prawdziwa troska o człowieka nie polega na
obniżaniu standardów do poziomu bezkrytycznych wyznawców ideologii „róbta, co
chceta”, lecz na konsekwentnym głoszeniu prawdy, że wolność pozbawiona
odpowiedzialności i obiektywnego ładu moralnego jest po prostu drogą donikąd.
Czy słowa Jezusa: „A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę,
już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa” (Mt 5, 28) to wyraz „obsesji
kontroli”? Czy może raczej przejaw wymagającej miłości, która nie daje
przyzwolenia na uleganie słabościom, bo zna niszczącą, uprzedmiotawiającą siłę niekontrolowanych
popędów?