czwartek, 8 stycznia 2026

Pani Zosia

Dzisiejsza Ewangelia ukazuje nam Jezusa, który na widok wielkiego tłumu „lituje się nad nimi”. Serce Zbawiciela porusza widok ludzi przybyłych zewsząd, by szukać u Niego ratunku i nadziei. Jezus dostrzega ich głęboki, duchowy głód – widzi w nich owce niemające pasterza. To dlatego, odkładając na bok własne zmęczenie, poświęca im czas i karmi ich mądrością swojego słowa.

Tymczasem postawa uczniów jest inna. Gdy widzą, że zgromadzeni ludzie są głodni, proszą Jezusa, aby ich odprawił – by mogli sami o siebie zadbać i zaradzić swoim potrzebom. Jezus jednak odpowiada: „Wy dajcie im jeść!”.

To symboliczna scena. Jezus mówi w niej do każdego z nas: „Podnieś oczy! Przestań skupiać się wyłącznie na sobie i własnych potrzebach. Zobacz, ile głodu jest wokół ciebie”. Każdy dzień daje nam mnóstwo okazji, by kogoś nakarmić – dobrym słowem, uśmiechem czy innym gestem życzliwości. Być może sami nie posiadamy wiele, ale warto umieć dzielić się z tymi, którzy mają jeszcze mniej. Może i my borykamy się z kłopotami, ale inni dźwigają nieraz znacznie większe ciężary.

Chrześcijanin to ktoś, kto ma dobre serce i potrafi tę dobroć wyrażać w najprostszych odruchach. Jestem przekonany, że taką właśnie osobą była śp. pani Zofia Wielądek, którą dzisiaj, podczas Mszy pogrzebowej, razem z ks. Łukaszem Piotrowskim i ze wszystkimi jej uczestnikami powierzałem Bożemu miłosierdziu.

Kiedy ponad jedenaście lat temu przyszedłem do parafii św. Marka jako proboszcz, nie znałem tu nikogo. Bardzo szybko jednak poznałem panią Zosię i równie szybko doświadczyłem jej dobroci, która najczęściej objawiała się w uśmiechu oraz przyjaznym, ciepłym słowie. Gdy przychodziła do zakrystii, często brała mnie za rękę i mówiła: „Księże – a nawet księżulku – kochany…”. Chętnie dzieliła się swoimi przeżyciami, czasem trudnymi, zwłaszcza w ostatnim czasie. Nigdy przy tym nie była natrętna ani absorbująca; w jej postawie nie było ani krzty roszczeniowości.

W końcowym etapie życia ciężko chorowała, ale nie narzekała. Czasami, gdy opowiadała nieco dłużej o swoich dolegliwościach, po chwili przerywała z pokorą: „Ale nie ma co narzekać. Będzie, co Bóg da. Niech się dzieje Jego wola”.

Nie ukrywam, że będzie mi brakować jej obecności. Także tych spotkań w jej domu. Bardzo ceniłem sobie owe wspólne kolacje, na które zapraszała mnie wraz ze swoim mężem, panem Janem. Spotkanie z ludźmi tak otwartymi i życzliwymi zawsze daje nam, księżom, nowe siły.

Z tych rozmów wyniosłem też obraz pani Zosi jako osoby głęboko kochającej Ojczyznę. Często wyrażała troskę o jej losy. Bolało ją, że tak wielu rodaków odrzuca wartości będące fundamentem naszej narodowej tożsamości, jednak w tym bólu nigdy nie była zacietrzewiona czy napastliwa. Zamiast tego mówiła o modlitwie – modliła się za tych, którzy zaniedbują, a niekiedy wręcz niszczą duchowe dziedzictwo kraju.

Przejmowała się losem najbliższych, ale pamiętała też o nas, duszpasterzach. Miałem szczególne miejsce w jej modlitwie. „Modlę się za ciebie, księże kochany” – tak często powtarzała. Z tych spotkań zawsze wychodziłem umocniony, a na dodatek obdarowany różnymi wiktuałami. To cecha ludzi prawdziwie dobrych: potrafią dzielić się tym, co mają, i czynią to z radością, niosąc w sercu słowa Pana, że „więcej szczęścia jest w dawaniu, aniżeli w braniu”. Szkoda, przynajmniej takie odnoszę wrażenie, że takich ludzi, tak prostych i dobrych zarazem, jest coraz mniej na świecie.

Wierzę, a właściwie jestem pewien, że pani Zosia – w nagrodę za swoje dobre serce – doświadcza teraz pełni szczęścia, będącego owocem wiecznego zjednoczenia z Bogiem. Droga Pani Zosiu, odpoczywaj w pokoju!

niedziela, 28 grudnia 2025

Medialny lincz w imię Ewangelii? O granicach krytyki w Kościele

Współczesny wirtualny świat przyzwyczaił nas do tego, że każdy ma prawo do oceny wszystkiego. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy ta swoista wulgaryzacja głosu (w sensie łacińskiego vulgus – lud) wchodzi do wnętrza Kościoła nie jako narzędzie budowania, lecz jako swego rodzaju bicz, który służy do bezlitosnego smagania – głównie duchownych, zwłaszcza biskupów. Coraz częściej obserwujemy zjawisko „dyżurnych krytyków” instytucji Kościoła, dla których Internet stał się amboną do ogłaszania potępiających wyroków. Czy to jednak wciąż szczera troska o wspólnotę, czy już tylko agresywna publicystyka uprawiana pod płaszczykiem pobożności lub świętego oburzenia?

Nikt o zdrowych zmysłach nie kwestionuje potrzeby oczyszczenia Kościoła. Grzech i błędy winny być nazywane po imieniu. Jednak to, co obserwujemy w mediach społecznościowych – choćby w wykonaniu ks. Jacka Stryczka w kontekście jego ataków na osobę abp. Marka Jędraszewskiego – ma niewiele wspólnego z ewangelicznym upomnieniem braterskim. Miałem kiedyś okazję rozmawiać z Arcybiskupem osobiście. Okazał mi wówczas dużo życzliwości i autentycznego zainteresowania (być może dlatego, że obaj broniliśmy doktoratów z filozofii na tej samej rzymskiej uczelni). Tym trudniej czyta się pogardliwe teksty, w których silne, osobiste uprzedzenia biorą górę nad duszpasterską odpowiedzialnością i zwykłym szacunkiem dla człowieka.

Postawa ta dziwi tym bardziej, że ks. Jacek sam uważa się za ofiarę medialnej nagonki, w wyniku której został usunięty z zarządu Stowarzyszenia Wiosna organizującego, między innymi, Szlachetną Paczkę. Można by oczekiwać, że osoba doświadczona takim mechanizmem będzie daleka od stosowania go wobec innych.

Kiedy ksiądz publicznie, za pomocą facebookowych postów, toczy osobiste porachunki z hierarchami, przekracza granice nie tylko przyzwoitości, ale i swojej misji. Kościół to nie korporacja, w której frakcje walczą o wpływy za pomocą przecieków i medialnego linczu. To wspólnota, w której także winę czy grzech powinno się piętnować z myślą o zbawieniu drugiego człowieka, a nie o liczbie „lajków” pod postem.

Najbardziej smutnym aspektem tej „internetowej partyzantki” jest jej użyteczność dla środowisk antyklerykalnych. Krytyka podana w formie agresywnej i pogardliwej staje się natychmiastową pożywką dla tych, dla których każda okazja do uderzenia w Kościół jest dobra. Tacy „odważni” księża stają się wówczas – by nie użyć mocniejszego określenia – użytecznymi narzędziami w rękach ludzi niechętnych wierze.

Czy autorzy tych tekstów nie widzą, że zamiast leczyć rany, sypią na nie sól? Zamiast prowadzić do nawrócenia, budują mury i pogłębiają polaryzację, która i tak rozrywa naszą wspólnotę. To nie jest głos „wołającego na pustyni”, lecz raczej żebranie o poklask czytelników karmiących się skandalem lub niekontrolowana forma manifestowania osobistych urazów.

Jeśli naprawdę zależy nam na dobru Kościoła, musimy wrócić do źródeł. Ewangelia wg św. Mateusza daje jasną radę: najpierw idź i upomnij brata w cztery oczy. Medialne insynuacje i oskarżenia bez możliwości obrony to zaprzeczenie chrześcijańskiego porządku. To tworzenie wirtualnych „sądów kapturowych”, w których sędzią jest autor posta, a katem – rozgrzany do czerwoności tłum komentujących.

Agresywna publicystyka duchownych wymierzona w innych duchownych to nowa odsłona znanej od dawna przemocy. Kiedyś przybierała ona formy kuluarowych intryg i plotek. Dziś zmieniły się tylko narzędzia – mamy posty i tweety. Duch pozostaje jednak ten sam: chęć ukazania drugiego człowieka w jak najgorszym świetle, ubrana dla niepoznaki w szaty „walki o prawdę”. Warto przypomnieć: prawda bez miłości przestaje być prawdą, a staje się narzędziem dyfamacji.

Powyższa krytyka nie jest jednak wezwaniem do milczenia czy chowania głowy w piasek. Wręcz przeciwnie – o problemach trzeba mówić głośno, ale w ramach szczerego, wewnątrzkościelnego dialogu. To wymaga odważnej rezygnacji z jego fikcyjnych i fasadowych form.

W praktyce oznacza to konieczność reanimacji takich gremiów kościelnych, jak chociażby rady kapłańskie, który winny być przestrzenią szczerej rozmowy. To tam, a nie na tablicy Facebooka, jest miejsce na trudne pytania i merytoryczne uwagi. Musimy budować zaufanie na linii kapłan–biskup (ale także w relacjach proboszcz–wikariusz czy duchowni–świeccy). Wymaga to jednak pokory z obu stron: gotowości do słuchania u hierarchów oraz lojalnego – co nie znaczy bezkrytycznego – dialogu ze strony księży.

Zbyt często oficjalne spotkania opierają się na jałowej „metodzie podawczej”: góra przekazuje instrukcje na dół, pomijając aktywny głos tych, którzy pracują na pierwszej linii duszpasterstwa. Jak wspomniał mi kiedyś w rozmowie abp Henryk Hoser, brakuje potem entuzjastycznego „follow-up” ze strony księży. Nic w tym dziwnego – bez poczucia współodpowiedzialności każda decyzja, nawet najsłuszniejsza, ma wielką szansę pozostać jedynie martwym dokumentem.