wtorek, 27 października 2020

Bezbożni w natarciu

Na facebookowej stronie wspólnoty oazowej działającej w naszej parafii został umieszczony bardzo osobisty, emocjonalny wpis Ani, mojej młodej parafianki, która przez wiele lat była członkiem tej wspólnoty. Oto ten tekst:

 

Oazowicze! Wielu z Was może mnie już nie znać, więc się przedstawię – jestem Ania, oazowiczka „na emeryturze”, w tej wspólnocie byłam wiele lat, większość jako animatorka, a 2 lata byłam odpowiedzialną tej wspólnoty. I, mimo tego, że tej funkcji w żaden sposób już nie pełnię, nadal czuję się jakoś odpowiedzialna za Was. Oazowiczem się jest całe życie, nie ma od tego przerw, czy wakacji, bo wspólnota daje nam mocne fundamenty, kształtuje nas, tworzy z nas Nowych Ludzi, o których pisał Święty Paweł. Ale czy faktycznie to robi? Z rozpaczą obserwuję ostatnie wydarzenia. Najbardziej autentycznym przerażeniem napawa mnie fakt, jak wiele osób – oazowiczów i byłych oazowiczów - popiera protesty, które teraz odbywają się w całej Polsce. Jak wiele osób ustawia sobie nakładkę z błyskawicą. Branie udziału w tych manifestacjach jest CAŁKOWITYM ZAPRZECZENIEM CAŁEJ FORMACJI. Zauważcie, w jaką stronę zostały skierowane te protesty. Nie chodzi tu już tylko o postawienie się rządowi, czy, mówiąc już brzydko, pokazanie środkowego palca tym, którzy odbierają nam jakkolwiek rozumianą wolność. Od niedzieli zaczęły się ataki na Kościół. Na nasz Kościół, na ten Kościół, za który nasza wspólnota jest odpowiedzialna! Wiecie, jak wczoraj wyglądała wieczorna msza święta w naszej parafii? Ludzie w kościele modlili się w akompaniamencie dochodzących z zewnątrz gwizdów, krzyków i innych niepokojących odgłosów. Drzwi do kościoła były zamknięte, wejścia pilnowały starsze panie z parasolami. Czuć było niepokój, znaczna część ludzi odwracała się przy każdym otwarciu drzwi do kościoła. Czy to jest normalność? Gdzie w tym momencie byli oazowicze? Czemu nie łączyli się w sposób duchowy podczas mszy świętej, wtedy, kiedy tak bardzo tego potrzeba? Naprawdę nie rozumiem, czego spodziewają się protestujący. Kościół zawsze będzie za życiem, nie zmieni przecież zdania dlatego, że ktoś mu wykrzyczy taki rozkaz do ucha. Zresztą nie Kościół ustanawia prawo w tym kraju. Chociaż jego zadaniem jest stanie na straży moralności. Kochani, nie chcę Wam narzucać, co macie robić i co macie myśleć. To są sprawy trudne. Tym bardziej, że chodzi tutaj o sprawy wyjątkowo delikatne, o aborcję, o możliwość decydowania o tym, czy istota ma przeżyć, czy nie. Rozumiem, że znacznej części może być trudno powiedzieć: „Jestem całkowicie za życiem, aborcja powinna być zakazana zawsze”. Macie prawo mieć wątpliwości co tego tematu. Powiem więcej, sama je mam, po tylu latach formacji, jeżdżenia na rekolekcje, formowania innych. Błagam Was tylko o przemyślenie tematu. Nie idźcie ślepo za modą! Nie chodźcie na manifestacje, bo „przecież wszyscy chodzą”. Nie ustawiajcie błyskawic w profilowych „bo wszystkie koleżanki mają”. Można przeciwstawiać się tym wydarzeniom w cichy sposób – modlić się, uczestniczyć we mszy świętej. Być gotowym wtedy, kiedy to, co najświętsze zostanie zaatakowane. Naszym zadaniem - nas młodych – jest stanie na straży tych wartości. To wstyd, że emerytki z parasolami mają więcej odwagi niż młodzi ludzie. To jest dla nas wszystkich czas próby. Czas dawania świadectwa. Ludzie mają nas poznać po owocach – to jest ten czas, kiedy te owoce są widoczne. Sami musicie zdecydować, czy tymi owocami będzie branie udziału w protestach i skandowanie wulgarnych haseł, napady na kościoły, czy modlitwa za to, co się dzieje, dawanie świadectwa tego, że pewne wartości są i będą dla nas ważne. Apeluję o rozważenie tego wszystkiego. We wspólnocie oazowej nie ma miejsca na pewne rzeczy. Zachęcam Was do samodzielnego myślenia. I dziękuję tym, którzy już to robią. Przyobleczcie zbroję Bożą i odwagi! Jezus zwyciężył świat. Nie dajmy się zastraszyć.

Jak widać w powyższym wpisie jego autorka odnosi się w nim do tego, co się obecnie dzieje w naszym kraju, a więc do protestów środowisk feministycznych i lewicowych wobec orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, który orzekł, że przesłanka eugeniczna do dokonania aborcji jest niezgodna z Konstytucją RP, zwłaszcza z artykułem 38 stwierdzającym, że „Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia”. Ta decyzja zrodziła wściekłość we wspomnianych środowiskach, które teraz dają upust swemu niezadowoleniu w atakach na budynki kościołów i na modlących się w nich ludzi. Ataki te są bardzo agresywne, pełen przemocy słownej, czego szczególnie drastycznym wyrazem są wykrzykiwane z mocą mało wyszukane wulgaryzmy. Myślę jednak, że orzeczenie Trybunału stało się tylko pretekstem do zamanifestowania tego, co w tych ludziach siedziało już od dość dawna, a więc stało się pretekstem do tego, być dać upust swej niepohamowanej nienawiści do Kościoła, księży i ludzi wierzących. Oczywiście, poziom złych emocji, którymi zostały opętane (tak, nie waham się użyć tego słowa "opętane") osoby sprzeciwiające się decyzji Trybynału musi budzić głęboki smutek i zdumienie. Ale jeszcze większe zdumienie budzi we mnie postawa niektórych osób wierzących, albo raczej deklarujących, że są ludźmi wierzącymi, którzy popierają takie formy antyklerykalnych wybryków, często przybierających formę chuligańskich, a czasami wręcz bandyckich ekscesów. Ma rację Ania, pisząc, że przecież Kościół nie zmieni swego nauczania moralnego tylko dlatego, że oczekują tego od niego kryjący się za plecami demonstrantów promotorzy antychrześcijańskich ideologii, którzy, jak widać skutecznie, kolonizują mentalnie umysły wielu ludzi, szczególnie młodych, także tych ochrzczonych. Co więcej, uważam, że dziś bardziej niż kiedykolwiek Kościół musi być wierny tej wskazówce, którą młodemu biskupowi Tymoteuszowi dał św. Paweł Apostoł: „Zaklinam cię wobec Boga i Chrystusa Jezusa, który będzie sądził żywych i umarłych, i na Jego pojawienie się, i na Jego królestwo: głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, w razie potrzeby wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz. Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań - ponieważ ich uszy świerzbią - będą sobie mnożyli nauczycieli. Będą się odwracali od słuchania prawdy, a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom. Ty zaś czuwaj we wszystkim, znoś trudy, wykonaj dzieło ewangelisty, spełnij swe posługiwanie!” (2 Tm 4, 1-5). To jest bez wątpienia trudny czas, lecz tym bardziej ludzie Kościoła muszą kierować się poleceniem Jezusa: „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi”. Żadne wulgarne okrzyki ani dewastowanie budynków kościelnych nie mogą nas wystraszyć, nawet, gdy grozi nam się śmiercią, bo przecież i takie „pokojowe” życzenia pod naszym adresem się pojawią. Głoszenie Ewangelii Życia jest naszym obowiązkiem, z którego nic ani nikt nie może nas zwolnić, a już na pewno nie mogą zmusić nas do milczenia zmanipulowane jednostki, których umysły zostały zarażone wirusem nietolerancji wobec przekonań ludzi opowiadających się za cywilizacją życia. „Jeśli wy milczeć będziecie – mówi Jezus – kamienie wołać będą”. Dziś za tę niezłomność w głoszeniu prawdy, także tej o naturze człowieka, w której zapodmiotowane jest niezbywalne prawo każdej istoty ludzkiej do życia, Kościołowi przychodzi płacić wysoką cenę. Jednak nie popadałbym w przesadę, której zdają się ulegać niektórzy nasi wierni, przestraszeni tym co się dzieję, że mamy oto do czynienia z jakąś nową, wielką falą prześladowań. Czym jest prawdziwe prześladowanie, to mogliby powiedzieć ci katolicy, którzy przeżyli chociażby wojnę domową w Hiszpanii albo antykatolicką rewolucję w Meksyku na początku XX wieku. Na razie nie musimy jeszcze umierać w obronie wiary, jak czynili to cristeros – członkowie meksykańskiej Krajowej Ligi Obrony Wolności Religii, którzy podczas Cristiady umierali z okrzykiem na ustach: Viva Cristo Rey! Rzecz jasna agresja uczestników antykościelnych demonstracji oprócz niesmaku, budzi zrozumiały niepokój, bo od przemocy słownej niedaleka już droga do przemocy fizycznej, i jeśli środowiska, które inspirują tego typu akcje, nie opamiętają się w porę, to w końcu dojdzie do jakiegoś nieszczęścia. Co zatem powinniśmy czynić? Jak powinniśmy reagować na te histeryczne wystąpienia? Na pewno nie powinniśmy dać się sprowokować do tego, by odpowiedzieć złem na zło. Zło można tylko dobrem zwyciężyć. Nie oznacza to jednak biernego przyzwolenia na agresję, dewastowanie kościołów czy przerywanie nabożeństw, bo jest to przecież łamanie prawa, za które grożą zresztą surowe sankcje karne: „Kto złośliwie przeszkadza publicznemu wykonywaniu aktu religijnego kościoła lub innego związku wyznaniowego o uregulowanej sytuacji prawnej, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2” (Art. 195. kk: § 1). Mamy obowiązek przed tym się bronić. Powinniśmy domagać się, by prawa ludzi wierzących były respektowane, a nie brutalnie łamane. To, że ci, którzy samych siebie uważają za członków społecznej elity, a więc niektórzy politycy, dziennikarze i celebryci, pochwalają a nawet podżegają do tego typu zachowań, jest szczególnie smutnym zjawiskiem. Tym bardziej, że ci sami podżegacze, z okrzykiem "Konstytucja" na ustach, tak często występowali w obronie praworządności w naszym kraju. Mają w tym rzecz jsana, swój ukryty cel, którym nie jest bynajmniej dobro wspólne. Świadomie przy tym hołdują machiavelicznej zasadzie, że "cel uświęca środki". No cóż, Jezus swoim wyznawcom nie obiecywał, że zawsze będzie im łatwo. Warto jednak pamiętać o Jego słowach: „Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie”. Także i o tych: "Módlcie się za tych, którzy was prześladują" (Mt 5, 44). 


piątek, 23 października 2020

Po wyroku Trybunału

Trybunał Konstytucyjny RP podczas wczorajszej rozprawy zawyrokował, że aborcja eugeniczna, a więc zabicie dziecka nienarodzonego ze względu na jego ciężkie i trwałe upośledzenie fizyczne albo nieuleczalną chorobę jest niezgodna z Konstytucją RP, w szczególności z art. 38, który głosi, że każdy człowiek ma zapewnioną prawną ochronę życia przez RP.  Jak należało się spodziewać, decyzja ta przez obrońców życia została przyjęta z radością, zaś po stronie przeciwnej spotkała się z krytyką, a nawet wywołała falę oburzenia i nienawistnych komentarzy. Wśród osób kontestujących wyrok Trybunału znalazły się również osoby deklarujące się jako wierzące. Jedna z takich osób, którą znam osobiście i nadal zachowuję o niej dobre wspomnienia z czasów, gdy brała udział w spotkaniach wspólnoty młodzieżowej w parafii św. Franciszka z Asyżu na Tarchominie, w swoim wpisie na Facebooku napisała miedzy innymi: „Poza tym to kolejny przejaw katolicyzacji polskiego prawa. I piszę te słowa świadomie, jako katoliczka. A zarazem prawnik. Prawo stanowione nie jest narzędziem zaprowadzania moralności, a tym bardziej norm religijnych”. Czytając te słowa, ciężko w duchu westchnąłem. Trudno mi się pogodzić z tym, że praktykująca katoliczka, i to w dzień wspomnienia świętego Jana Pawła II, żarliwego obrońcy życia, może głosić tego typu poglądy. Przecież norma „nie zabijaj” nie jest normą religijną. Jest normą, która ma swój fundament w samej naturze człowieka, wynika z jego przyrodzonej godności. I dlatego wśród obrońców prawa do życia dzieci nienarodzonych są ludzie różnych wyznań, a także osoby niewierzące. Przekonałem się o tym osobiście, gdy w 2013 roku wziąłem udział w Marszu dla Życia, jaki co roku dobywa się w Denver w USA. Na tym marszu, drugim co do liczebności w USA, przemawiali protestanci, katolicy, żydzi i niewierzący. My katolicy mamy jedynie dodatkową motywację, by aktywnie bronić dzieci nienarodzone przed ich fizyczną eksterminacją. Bo tego chce od nas Jezus. Wszak to On powiedział: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. Dzieci nienarodzone, zwłaszcza te już w łonie matki dotknięte jakąś ułomnością, są tymi najmniejszymi z najmniejszych. Na Sądzie Ostatecznym niektórzy katolicy być może usłyszą: „Byłem dzieckiem nienarodzonym, którego życie było zagrożone, a ty nic nie zrobiłeś by mnie obronić”. Bronić dzieci nienarodzonych oznacza również dążyć do tego, by ich prawo do życia było zagwarantowane w prawie stanowionym, choć w żadnym wypadku nie wolno ograniczać się tylko do aspektu czysto formalnego. A propos relacji prawa stanowionego do norm etycznych. Owszem, prawo pozytywne nie powinno być narzędziem narzucania jakiejś jednej, określonej moralności, ale ludzie, którzy takie prawo stanowią, w tej specyficznej działalności, jaką jest właśnie stanowienie prawa, podlegają oczywistym ograniczeniom. Wolność ludzka nie jest tutaj bowiem absolutna. Prawo pozytywne musi dążyć do kompatybilności z prawem naturalnym. W przeciwnym przypadku, jakie głębsze umocowanie miałoby na przykład prawo karne? Na jakim fundamencie aksjologicznym miałoby by oparte? Prawo to zabrania chociażby przywłaszczania sobie cudzej własności. Dlaczego? Bo wszystkich obowiązuje obiektywna norma etyczna „nie kradnij”. Ta jej obowiązywalność wynika z tego, że odzwierciedla ona porządek natury, a nie wolę takiej czy innej instytucji wyznaniowej. Podobnie jest z normą „nie zabijaj”. Aborcja, czyli pozbawienie życia niewinnej istoty ludzkiej, jest oczywistym pogwałceniem tej normy. W wielu krajach, także w Polsce (choć po wyroku Trybunału powinno się to zmienić), prawo stanowione pozwala, pod pewnym ścisłymi warunkami, na zabicie dziecka nienarodzonego w łonie jego matki. Jednak w sposób absolutny zabraniają tego normy prawa naturalnego. Dotykamy tu bardzo istotnego sporu na temat ostatecznej legitymizacji norm prawa stanowionego. Czy normy te powinny odzwierciedlać normy prawa naturalnego? Rozstrzygnięcie tego sporu w dużej mierze zależy od przyjętych przez adwersarzy założeń metafizycznych. Niektórzy uważają, że prawo naturalne w ogóle nie istnieje, ponieważ nie istnieje żadne jego transcendentalne źródło, co oznaczałoby w konsekwencji, że prawo pozytywne nie ma żadnego obiektywnego i absolutnego umocowania, lecz ma charakter czysto konwencjonalny, odzwierciedlający wyłącznie wolę ludzi, którzy, na przykład poprzez mechanizm demokratyczny, mieliby decydować o tym, co wolno czynić, a czego nie wolno. W takim wypadku wolność formalna mogłaby ulegać nieustannemu poszerzaniu – to, co teraz jest prawnie zabronione, w przyszłości mogłoby być dozwolone. Jest to kierunek bardzo niebezpieczny, ponieważ wielu ludzi uważa, że jeśli prawo na coś pozwala, to znaczy, że jest to dobre i wolno to czynić. Odrzucenie możliwości ograniczania naszej wolności formalnej, gwarantowanej przez państwo, przez normy prawa naturalnego grozi jednak absolutyzacją naszej wolności, a więc postępowaniem wedle przekonania, że, o ile nie czyni tego prawo pozytywne, nic innego nie może ograniczać naszej swobody działania. By się przekonać o tym, jak błędne i niebezpieczne jest to przeświadczenie, wystarczy odwiedzić chociażby niemiecki obóz koncentracyjny Auschwitz-Birkenau, gdzie na własne oczy każdy może zobaczyć, do czego prowadzi absolutyzacja ludzkiej wolności ignorującej normy prawa naturalnego. Ten i wiele innych przykładów pokazuje, że prawo stanowione nie może uzasadniać samego siebie. Winno ono odzwierciedlać obiektywny porządek etyczny, który każdy człowiek, jak nas o tym przekonuje wielu myślicieli, na przykład Immanuel Kant w swoim Uzasadnieniu metafizyki moralności, jest w stanie odczytać w swoim wnętrzu. Bez odwołania się do owego obiektywnego porządku etycznego prawo stanowione bardzo łatwo może przekształcić się w rękach moralnych barbarzyńców w bezwzględne narzędzie opresji i represji, a więc w narzędzie drastycznego ograniczania ludzkich praw, w tym także prawa do życia. Warto może w tym miejscu przypomnieć stanowisko św. Tomasza z Akwinu na temat zależności prawa stanowionego od prawa naturalnego. Według tego wybitnego chrześcijańskiego filozofa i teologa prawo pozytywne powinno być swoistym uszczegółowieniem prawa naturalnego, ponieważ normy tego drugiego mają charakter ogólny i dlatego nie mogą regulować szczegółowych aspektów życia jednostkowego bądź wspólnotowego. Owe szczegółowe regulacje prawne w niczym nie powinny uchybiać prawu naturalnemu. Doktor Anielski, jak nazywano św. Tomasza od XV wieku, powołuje się na przykład budowniczego domu. Tak jak budowniczy, wznosząc jakiś budynek, nie może pominąć praw fizyki, gdyż w przeciwnym razie groziłoby to katastrofą budowlaną, tak również i ci, którzy wznoszą gmach życia społecznego poprzez uchwalanie odpowiednich praw, nie mogą pominąć prawa naturalnego, bo groziłoby to tragicznymi konsekwencjami dla życia jednostek i wspólnot. Prawo pozytywne uchwalane wbrew prawu naturalnemu nie jest – zdaniem Tomasza – prawem, lecz raczej jego wypaczeniem: „Wszelkie prawo uchwalone przez ludzi o tyle jest istotnie prawem, o ile wywodzi się z prawa natury. Jeżeli natomiast nie zgadza się w czymś z prawem natury, nie będzie już prawem, ale jego wynaturzeniem” (Tomasz z Akwinu, Summa Theologiae, I-II, q. 95, a. 2, corp). Co więcej, Doktor Anielski stanowczo i bez żadnego wahania stwierdza ponadto, że w takim wypadku staje się ono narzędziem przemocy: „Prawo ludzkie jest prawem w takiej mierze, w jakiej jest zgodne z prawym rozumem, a tym samym wypływa z prawa wiecznego. Kiedy natomiast jakieś prawo jest sprzeczne z rozumem, nazywane jest prawem niegodziwym; w takim przypadku jednak przestaje być prawem i staje się raczej aktem przemocy”. Jeśli chodzi o mnie, to sądzę, że dobrze się stało, że Trybunał Konstytucyjny stanął wczoraj w obronie tych najsłabszych istot ludzkich, które same nie są w stanie obronić się przed zalegalizowaną przemocą tych silniejszych i zdrowszych. Nic bowiem tej przemocy nie usprawiedliwia, nawet strach przed perspektywą wychowania dziecka chorego od urodzenia, choć przecież jest to lęk w pełni zrozumiały. Myślę, że tego typu lęki byłyby mniejsze, gdyby osoby, które ich realnie doświadczają, miały znacznie większe wsparcie od innych ludzi, także to instytucjonalne. Miejmy nadzieję, że państwo polskie stanie tutaj na wysokości zadania i nie pozstawi takich osób bez pomocy. Wczorajsze deklaracje, które po ogłoszeniu wyroku Trybunału popłynęły z obozu rządzącego, taką nadzieję budzą. Oby jednak nie skończyło się tylko na słowach.

P.S. Oglądałem wczoraj wieczorem internetowe relacje z protestów, które odbyły się tuż po ogłoszeniu wyroku Trybunału. Padało tam bardzo wiele złych, często wulgarnych słów. Poleciały też kamienie rzucane w stronę policjantów. Gdy patrzy się na takie bardzo smutne w gruncie rzeczy obrazki, nie można mieć wątpliwości co do tego, kto w tej cywilizacyjnej walce, której stawką jest życie najmniejszych i najbardziej bezbronnych istot ludzkich, jest prawdziwym agresorem. Na pewno nie są nimi dzieci nienarodzone. W 1991 roku w Kielcach przypomniał o tym patron dnia wczorajszego święty Jan Paweł II: „Każde (podkreślenie moje) dziecko jest darem Boga. Dar to trudny niekiedy do przyjęcia, ale zawsze dar bezcenny. Trzeba najpierw zmienić stosunek do dziecka poczętego. Nawet jeśli pojawiło się ono nieoczekiwanie nigdy nie jest intruzem ani agresorem. Jest ludzką osobą, zatem ma prawo do tego, aby rodzice nie skąpili mu daru z samych siebie, choćby wymagało to od nich szczególnego poświęcenia. Świat zmieniłby się w koszmar, gdyby małżonkowie znajdujący się w trudnościach materialnych widzieli w swoim poczętym dziecku tylko ciężar i zagrożenie dla swojej stabilizacji; gdyby z kolei małżonkowie dobrze sytuowani widzieli w dziecku niepotrzebny, a kosztowny dodatek życiowy. Znaczyłoby to bowiem, że miłość już się nie liczy w ludzkim życiu. Znaczyłoby to, że zupełnie zapomniana została wielka godność człowieka, jego prawdziwe powołanie i jego ostateczne  przeznaczenie”. Na koniec warto może podkreślić również i to, że aktywni obrońcy życia, zrzeszeni w róznych organizacjach i stowarzyszeniach, nie mogą ograniczyć się jedynie do walki o prawny zakaz aborcji. I na tym potem poprzestać. Potrzebna jest stała praca nad etyczną świadomością ludzi, zwłaszcza młodego pokolenia, a przede wszystkim potrzebne są konkretne formy wsparcia dla tych, którzy, doświadczając różnych życiowych trudności, widzą w dziecku poczętym, zwłaszcza tym dotkniętym poważnymi i nieodwracalnymi defektami, jedynie zapowiedź wielu dodatkowych uciążliwości i ogromnego egzystencjalnego dyskomfortu. W takim wypadku bowiem istnieje całkiem realne niebezpieczeństwo, że prawo chroniące życie, stanie się nomen omen prawem martwym. Gdyby tak się stało, odpowiedzialni za to byliby również i ci, którzy dziś tak zdecydowanie demonstrują swoje przywiązanie do tej wartości, jaką stanowi życie dziecka jeszcze nienarodzonego. Łatwo bowiem przychodzi niektórym obarczanie innych ciężarami trudnymi do uniesienia, gdy się samemu nie musi ich dźwigać. Pisząc te ostatnie słowa, ze skruchą w sercu we własne piersi również się uderzam.