sobota, 25 czerwca 2022

Decyzja, która budzi nadzieję


Miała 21 lat. Była prostą, niewykształconą dziewczyną. Norma McCorvey – bo o niej tu mowa – znana szerzej pod pseudonimem „Jane Roe”, była wówczas w ciąży z trzecim dzieckiem. Pierwsze wychowywała jej mama, drugie zdecydowała się oddać do adopcji. Zastanawiała się, co powinna zrobić z trzecim. Myślała o aborcji, lecz nie mogła jej dokonać, bo w tamtym czasie prawo obowiązujące w stanie Teksas dopuszczało ją tylko w przypadkach gwałtu i kazirodztwa. Z „pomocą” przyszła jej niejaka Sarah Weddington młoda i ambitna prawniczka, która w jej imieniu złożyła pozew do Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, domagając się w nim zniesienia zakazu aborcji. Na szczęście dla dziecka, które żyło pod sercem Jane Roe, uniknęło ono swej przedwczesnej śmierci, bo urodziło się jeszcze przed wydaniem orzeczenia. Po urodzeniu zostało adoptowane. Kilkadziesiąt milionów dzieci, które zostały pozbawione życia w wyniku legalnej aborcji, takiego szczęścia nie miało, albowiem w 1973 roku Sąd Najwyższy ostatecznie uznał, że każda kobieta ma prawo do dokonania aborcji w zasadzie na każdym etapie ciąży. Sąd dość twórczo zinterpretował przepisy konstytucyjne. Według orzeczenia prawo do zabicia dziecka nienarodzonego miałoby wynikać z prawa do prywatności i wolności, gwarantowanego przez 14. poprawkę do konstytucji. Okazało się, że konstytucyjne prawo do życia, należące do katalogu praw fundamentalnych i niezbywalnych, nie chroni życia dzieci nienarodzonych. Po tym wyroku można je było zabijać w majestacie prawa. Jednak wczoraj po 50 latach, w dniu w którym katolicy czczą Najświętsze Serce Jezusa, Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych uchylił „śmiercionośne” orzeczenie ze sprawy Roe vs. Wade z 1973 r. i zlikwidował rzekomo konstytucyjne federalne prawo do aborcji. Ta decyzja otwiera w konsekwencji możliwość zakazywania aborcji na poziomie poszczególnych stanów, co już ma zresztą miejsce. Obrońcy życia przyjęli tę decyzję z radością, zaś zwolennicy zabijania nienarodzonych wpadli w furię. Już pojawiły się głosy wzywające do obywatelskiego nieposłuszeństwa, a także zapowiedzi licznych organizacji proponujących kobietom różne formy obejścia tego federalnego zakazu. Oznacza to, że walka o prawo do życia dla każdej istoty ludzkiej, w tym dla dzieci nienarodzonych, jeszcze się nie skończyła, lecz nabrała od wczoraj nowej dynamiki. Siły zła, dla których bezbronne poczęte dziecko jest wrogiem i agresorem, z pewnością nie dadzą za wygraną. Smuci mnie to, że cichymi poplecznikami tych sił, są niekiedy również ludzie uznający się za wierzących, o czym można było się przekonać podczas proaborcyjnych marszów, które miały miejsce w wielu miejscach w Polsce po decyzji podjętej niemal dwa lata temu przez nasz Trybunał Konstytucyjny. Niektórzy wówczas zamiast znaku Krzyża upodobali sobie znak pioruna. Bardzo to mnie dziwiło i smuciło, choć wiem, że w większości wypadków to poparcie, którego wtedy de facto udzielili agresywnie antyklerykalnemu lobby proaborcyjnemu, było obwarowane licznymi zastrzeżeniami. Chrześcijanin winien jednak pamiętać, że są takie sytuacje, kiedy nie ma miejsca na żaden kompromis: „Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi” (Mt 5, 37). Nie można usprawiedliwiać czegoś, co jest obiektywnym złem, choć jednocześnie nie wolno potępiać tych, którzy to zło czynią. Jednak także w trosce o ich zbawienie należy to zło nazywać po imieniu, a nie je umniejszać. Bagatalizując zło, być może odbiera się komuś szansę na jego nawrócenie. „O, nie skończona dziejów jeszcze praca. Nie przepalony jeszcze glob sumieniem!...” (Cyprian Norwid, Czasy). Wczorajsza decyzja Sądu Najwyższego USA przynosi jednak nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone i że cywilizacja śmierci nie odniesie zwycięstwa nad cywilizacją życia. To zależy również od nas. Warto pamiętać o słowach, których autorem jest ojciec nowożytnego konserwatyzmu, irlandzki filozof Edmund Burke: „Jedynym koniecznym warunkiem triumfu zła jest to, żeby dobrzy ludzie nie robili nic”.


czwartek, 26 listopada 2020

Aborcja - zbrodnia metafizyczna

Nowożytny niemiecki filozof i matematyk Gottfried Wilhelm Leibniz sformułował kiedyś następujące pytanie: Dlaczego istnieje raczej coś niż nic? Dotyka ono niezwykle intrygującego zagadnienia, które wielu myślicieli uważało za jedną z najbardziej fundamentalnych i frapujących kwestii filozoficznych. W sposób szczególny odnosi się ono do ludzkiej egzystencji. Dlaczego istniejemy? Mogłoby by nas przecież nie być, a jednak jesteśmy! To jest fakt, który w każdym z nas powinien budzić głębokie metafizyczne zdumienie. Jan Paweł II w poemacie Tryptyk rzymski zachęcał, by się zdumiewać prostymi faktami. Nie ulega wątpliwości, że takim faktem jest nasze bycie w świecie. W Księdze Rodzaju, w opisie stworzenia, za każdym razem, gdy Bóg stwarzał nowe byty, patrzył na nie z upodobaniem, bo widział, że są dobre. W oczach Bożych każdy byt jest dobry! Dobre jest nade wszystko każde ludzkie istnienie, dlatego też trzeba je bezwzględnie chronić, bo jest wartością samą w sobie. Trzeba bronić je przede wszystkim przed tym, co mu zagraża zarówno w wymiarze fizycznym, jak i w wymiarze duchowym. Filozof Martin Heidegger mówił, że każdy z nas winien być pasterzem swojego istnienia, to znaczy, że każdy z nas winien podejmować takie działania, które to istnienie będą wznosić na wyższy poziom bytowania. Metafizyka klasyczna uwypukla ontyczną godność naszego ziemskiego bytowania, ale teologia chrześcijańska mówi nam coś więcej, mówi nam bowiem, że jesteśmy powołani do „niebiańskiego” sposobu istnienia: „Jeszcze się nie objawiło kim będziemy, bo ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało co Bóg przygotował swoim wybranym” (1 Kor 2,9). Nasza ziemska egzystencja jest zatem preludium do naszego istnienia w wieczności. Czy jesteśmy jednak wdzięczni za dar naszego istnienia? Czy, przynajmniej od czasu do czasu, podejmujemy refleksję nad tym, w jaki sposób tym darem się posługujemy w naszej codzienności? Jest to bowiem dar, z którym nierozerwalnie wiąże się zobowiązanie do tego, by z niego mądrze korzystać. Możemy przecież iść przez życie w diametralnie różnych kierunkach. Pisał o tym między innymi Giovanni Pico della Mirandola w swoim dziele
Oratio de hominis dignitate. Według niego człowiek jest jedyną istotą na ziemi, która jest obdarzona wolnością i dlatego ma przed sobą dwie drogi: może schodzić w dół albo wspinać się w górę. Może się umniejszać się w swym istnieniu albo w nim wzrastać. Aby jednak zrobić dobry użytek ze swego istnienia, trzeba najpierw mieć świadomość jego bezcennej wartości. Tylko wtedy zrodzi się w nas pragnienie, by z determinacją, a jeśli trzeba z odwagą i poświęceniem, chronić je przed tym, co grozi jego stopniową degradacją. Chronimy je zaś najbardziej wówczas, gdy bronimy prymatu istnienia nad działaniem. Metafizyka chrześcijańska, zgodnie ze scholastyczną formułą agere sequitur esse, podkreśla, że działanie zawsze wynika z istnienia, że jest wtórne wobec istnienia. Tymczasem dzisiaj dominuje zupełnie inna perspektywa. Jest to perspektywa radykalnie pragmatyczna. Ci, którzy takiej optyce ulegają, twierdzą, że w ocenie wartości człowieka liczy się przede wszystkim jego działanie, jego praktyczne umiejętności, to, co potrafi osiągnąć, co jest w stanie wytworzyć. Wiele razy boleśnie mogli przekonać się o tym chociażby ci wszyscy, których podanie o pracę zostało odrzucone z powodu zbyt ubogiego CV, bo, zdaniem pracodawcy, nie zawierało ono wystarczających dowodów na ich wysokorozwinięte umiejętności operatywne. Na mocy tej pragmatycznej i silnie utylitarystycznej perspektywy ludzie, którzy z różnych powodów i często bez własnej winy są ograniczeni w swoim działaniu, jak na przykład ludzie starzy lub osoby niepełnosprawne, są traktowani jako mało lub zgoła nic nie warci. Co więcej, takie osoby uważa się za zbędny, uciążliwy balast społeczny, gdyż utrudniają one tym silnym, zdrowym i w pełni sprawnym ich samorealizację, są kłopotliwą przeszkodą na ich drodze do sukcesu i do radosnego korzystania z życia. To dlatego Hitler mógł postulować, żeby takie osoby eliminować. To właśnie ta perspektywa sprawia, że broni się dziś takich praktyk jak eutanazja czy aborcja. Bo czym dziecko w łonie matki jest w stanie się wykazać? Nic jeszcze nie może zrobić, dlatego niektórzy uważają, że jego istnienie ma nikłą wartość, bo nie może się przejawić w żadnym działaniu przynoszącym wymierne korzyści. A jeśli na dodatek badania prenatalne pokażą, że urodzi się ono z poważnymi wadami rozwojowymi, to tym bardziej zwolennicy aborcji będą skłonni widzieć w takim dziecku istnienie pozbawione wartości. Świat, w którym dziś żyjemy, bardzo często ocenia nas przez pryzmat naszego działania, a dokładniej przez pryzmat naszych zdolności i osiągnięć. I kiedy jesteśmy ograniczeni w naszej aktywności, to prędzej czy później spotkamy się z jakąś formą odrzucenia, nieakceptacji, dezaprobaty. To jest dzisiaj problem bardzo wielu ludzi, którzy cierpią wewnętrznie, właśnie dlatego, że głosi się prymat działania nad istnieniem, że nasza kultura jest tak bardzo pragmatyczna, a tak mało kontemplacyjna, a przez tak bardzo niezdolna do zachwytu nad cudem istnienia. A tymczasem już z samego tylko faktu, że zaistnieliśmy, że jesteśmy, tu i teraz, wynika nasze prawo do bezwarunkowej miłości ze strony innych ludzi. Nasze istnienie jest dowodem na Miłość, bo to Miłość powołała nas do istnienia i właśnie dlatego mamy prawo domagać się, by inni szanowali naszą godność – przez sam prosty fakt, że jesteśmy. Wszystko, co Bóg powołał do istnienia, jest dobre, a więc jeśli jest dobre, to zasługuje na przyjęcie. Nawet jeśli istnienie drugiego człowieka jest naznaczone jakimś brakiem, jakąś fizyczną czy psychiczną skazą, to tym samym nie przestaje być ono dobre, godne akceptacji. W takim wypadku akceptacja ta winna przyjąć konkretne formy pomocy i troski. Słowa św. Pawła „jeden drugiego brzemiona noście” można interpretować również metafizycznie, jako wezwanie do wzajemnej pomocy, aby nasze istnienie było pełniejsze. Aborcja, czyli odebranie życia nienarodzonemu dziecku, jest nie tylko wykroczeniem moralnym, lecz nade wszystko jest niczym nieusprawiedliwioną zbrodnią metafizyczną!