piątek, 10 kwietnia 2026

Narodowy Marsz Życia

Nie rozumiem tych, którzy usprawiedliwiają aborcję. Nie potrafię pojąć, jak można racjonalizować akt odebrania życia istocie całkowicie niewinnej — niezdolnej do obrony, a nawet do wypowiedzenia jednego słowa sprzeciwu. Właśnie to milczenie dziecka powinno najgłośniej rozbrzmiewać w naszych sumieniach. Tymczasem uśmiercanie nienarodzonych — życia w jego najbardziej delikatnym, intymnym stadium — bywa traktowane jako coś normalnego, a niekiedy przedstawiane wręcz jako jedno z „praw człowieka”. Są już kraje, takie jak Francja, w których prawo to zostało wpisane do konstytucji. W imię wolności i tak zwanego „wolnego wyboru” odbiera się innym samą możliwość istnienia. W tej odwróconej aksjologii to, co powinno być obowiązkiem ochrony życia, staje się jego brutalnym zaprzeczeniem.

Jeszcze większe zdumienie wywołuje we mnie fakt, że dla wielu lekarzy, którzy składali przecież przysięgę Hipokratesa, zabijanie nienarodzonych dzieci nie stanowi moralnego dylematu. Ślubowali chronić życie, a jednak są wśród nich tacy, którzy uczynili z aborcji nie tylko procedurę medyczną, ale wręcz źródło zysku. Jak pogodzić medycynę, której rdzeniem ma być troska o życie, z procederem, który życie unicestwia u samego jego zarania? Czy naprawdę można mówić o etyce lekarskiej tam, gdzie bezbronność pacjenta nie jest argumentem za jego ochroną, lecz staje się przesłanką do jego eliminacji?

Pamiętam, jak wiele lat temu — gdy w Polsce po raz pierwszy próbowano zliberalizować prawo do aborcji — posłem sprawozdawcą był znany lekarz, człowiek, którego niegdyś wspierałem z pełnym przekonaniem, gdy w pierwszych, jeszcze nie w pełni demokratycznych wyborach kandydował do Sejmu jako reprezentant środowisk obywatelskich. Z pewnością wiedział, że dzieci urodzone po 22. tygodniu ciąży mają już szansę na przeżycie poza organizmem matki. A mimo to, zgodnie z projektem ustawy, postulował możliwość zabijania dzieci nienarodzonych aż do szóstego miesiąca włącznie. Jego wystąpienie w parlamencie było dla mnie bolesnym widokiem. Nie z powodu różnicy zdań — bo te są w demokracji nieuniknione — lecz z powodu pęknięcia na poziomie fundamentów: zderzenia etosu służby życiu z aprobatą dla jego niszczenia.

Z podobnym bólem patrzę na osoby, które uważają się za wierzące, a mimo to dopuszczają możliwość aborcji — jakby wiara mogła być oddzielona od etyki, jakby Dekalog kończył się na pierwszej tablicy. To rozszczepienie sumienia, ta dychotomia pomiędzy wyznawaną religią a praktyką moralną, jest znakiem naszych czasów: epoki, w której wszystko można zrelatywizować, a każdą wartość osłabić poprzez wątpliwość i ideologiczną reinterpretację.

Na szczęście w Polsce toczyły się i wciąż toczą debaty, które wielu osobom otworzyły oczy. Dzięki nim wielu ludzi uświadomiło sobie, czym w rzeczywistości jest aborcja — nie neutralnym moralnie „zabiegiem” ani „kwestią wyboru”, lecz decyzją o odebraniu życia drugiemu człowiekowi. I choć ofensywa relatywizmu, skrytego pod pozornie neutralną retoryką praw jednostki, nie ustaje, to nadal istnieje niemała rzesza tych, którzy z odwagą i przekonaniem wybierają życie. Dowodem na to są ludzie biorący udział w marszach pro-life, choć nie zawsze spotykają się z aprobatą przechodniów i gapiów. Najbliższy taki marsz – Narodowy Marsz Życia – odbędzie się w niedzielę 19 kwietnia w Warszawie.

Mam nadzieję, że sprzeciw wobec aborcji będzie przybierał na sile — że nie zgaśnie, lecz stanie się jednym z najważniejszych głosów naszego czasu. Przyszłość cywilizacji nie zależy bowiem od liczby wynalazków ani poziomu technologicznego zaawansowania, lecz od tego, czy zdołamy ocalić najprostszą z prawd: że życie jest święte i zawsze warte obrony — bez względu na to, czy potrafi już o siebie walczyć, czy wciąż trwa w bezbronnym milczeniu. Jeśli utracimy instynkt ochrony najsłabszych, żadne osiągnięcia — choćby najbardziej spektakularne — nie będą miały znaczenia. Cywilizacja, która przestaje chronić życie, zaczyna podcinać własne korzenie. Bo zanegowanie wartości życia nigdy nie przynosi dobrych owoców — prędzej czy później obraca się przeciwko tym, którzy je usprawiedliwiali.

P.S. Więcej o NMŻ na stronie: https://narodowymarszzycia.pl/


wtorek, 7 kwietnia 2026

Refleksje po lekturze pewnego listu

Minęły już ponad dwa tygodnie od publikacji szeroko komentowanego listu biskupów polskich, napisanego z okazji 40. rocznicy wizyty św. Jana Pawła II w rzymskiej Synagodze Większej. Niestety, po uważnej lekturze tego listu nie byłem w stanie utożsamić się ani z jego formą, ani – co ważniejsze – z jego zasadniczym przesłaniem. Dlatego, korzystając z faktu, że w naszej diecezji jego odczytanie w parafiach miało charakter fakultatywny – podobnie jak w wielu innych diecezjach – uznałem, że list ten nie zostanie przedstawiony wiernym podczas liturgii. Pozostawiłem tym samym możliwość zapoznania się z jego treścią indywidualnym decyzjom każdego z parafian. Jeśli chodzi o moją ocenę, treść listu wzbudziła we mnie kilka istotnych zastrzeżeń.

Po pierwsze, za niefortunny uważam sam moment publikacji. Trudno bowiem abstrahować od aktualnego kontekstu geopolitycznego, w szczególności od działań armii izraelskiej w Palestynie, a także – w ostatnim czasie – w Iranie i Libanie. Chodzi tu przede wszystkim o tragiczny bilans ofiar cywilnych, wśród których znajdują się również chrześcijanie: zarówno palestyńscy, jak i libańscy. W takim kontekście list, który może być odczytywany jako dość jednostronny, niemal filosemicki wręcz, rodzi uzasadnione pytania o jego adekwatność i wrażliwość na cierpienie zwykłych ludzi dotkniętych bliskowschodnim konfliktem.

Po drugie, poważny sprzeciw budzi zawarta w zakończeniu dokumentu teza – wyrażona w sposób jednoznaczny – jakoby dla osiągnięcia zbawienia nie było konieczne wyraźne wyznawanie wiary w Chrystusa, szczególnie w odniesieniu do narodu żydowskiego. Twierdzenie to stoi w wyraźnym napięciu z tradycyjnym nauczaniem Kościoła oraz z przesłaniem św. Pawła Apostoła, który wielokrotnie w swoich listach oraz działalności misyjnej podkreślał centralną rolę Chrystusa w dziele zbawienia. Tak daleko idąca interpretacja wymagałaby znacznie głębszego uzasadnienia teologicznego, którego w omawianym liście niestety brakuje.

Po trzecie, moje zastrzeżenia budzi sposób odwoływania się do dziedzictwa św. Jana Pawła II. Odniosłem wrażenie, że jego nauczanie zostało potraktowane selektywnie i wykorzystane jako argument wzmacniający określoną tezę, co nosi znamiona klasycznego argumentum ad auctoritatem. Tymczasem bogactwo i złożoność myśli papieża Polaka domaga się raczej całościowego i uczciwego odczytania, a nie instrumentalnego przywoływania wybranych wątków. Niestety takie instrumentalne – by nie powiedzieć: manipulacyjne – podejście do tekstów Jana Pawła II jest aż nazbyt często obecne w różnego typu odezwach pasterzy Kościoła w Polsce.

Jednocześnie, mimo krytycyzmu wobec samego dokumentu, nie sposób przejść obojętnie wobec fali bezpardonowych, często skrajnie emocjonalnych ataków, jakie spadły na biskupów. W wielu przypadkach wypowiedzi te pozbawione były elementarnego szacunku należnego pasterzom Kościoła. Szczególnie niepokojące jest to, że w głównym nurcie tej krytyki znaleźli się często komentatorzy identyfikujący się jako prawicowi czy konserwatywni, którzy – zamiast rzeczowej polemiki – przekraczali granice dopuszczalnej krytyki, uciekając się do uproszczeń i wycieczek osobistych.

Sam również nie należę do bezkrytycznych odbiorców epistolarnej twórczości członków Konferencji Episkopatu Polski. Uważam jednak, że nawet zdecydowana niezgoda powinna wyrażać się w sposób wyważony, oparty na argumentach merytorycznych, wolny od oskarżeń i retoryki nacechowanej emocjonalnie. Tymczasem można odnieść wrażenie, że niektóre środowiska o nastawieniu tradycjonalistycznym reagują na głos hierarchicznego Kościoła z nieproporcjonalną gwałtownością – niemal instynktowną, a nie refleksyjną. Tego rodzaju postawa nie tylko nie sprzyja poszukiwaniu prawdy, ale wręcz utrudnia prowadzenie autentycznego dialogu wewnątrz Kościoła, który dziś wydaje się szczególnie potrzebny. Pohukiwania i połajanki, zamiast merytorycznej rozmowy, osłabiają w gruncie rzeczy siłę katolickiego świadectwa we współczesnym świecie, któremu coraz dalej do ewangelicznej prawdy.

 


poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Opłacone kłamstwo

Niewiele zmieniło się w ludzkiej naturze przez ostatnie dwa tysiąclecia. Ledwie wydarzyło się coś wymykającego się ludzkiemu pojmowaniu, a już podjęto próbę przykrycia tego najbardziej doniosłego wydarzenia ordynarnym, opłaconym kłamstwem. Strażnicy grobu, w którym złożono ciało Jezusa, choć byli świadkami rzeczy po ludzku niewytłumaczalnych, dla pieniędzy wybrali fałszywą narrację podsuniętą im przez ówczesne żydowskie elity. I tak oto ten archetypowy konflikt między nagą prawdą a zręczną manipulacją towarzyszy nam od tamtej pory nieustannie – zmieniają się jedynie tempo, w jakim fałsz obiega glob, i narzędzia, jakimi się posługuje.

Dziś, paradoksalnie, im więcej mamy instrumentów do poznawania świata, tym łatwiej dajemy się złapać w sieci iluzji. Współczesny herold propagandy rzadko przypomina zaciętego ideologa; częściej to po prostu użytkownik smartfona, który goniąc za społecznym uznaniem, polityczną racją czy dawką emocji, staje się świadomym lub nieświadomym ogniwem dezinformacji. Dzieje się to zazwyczaj w służbie tych, którzy pragną panować nad zbiorową wyobraźnią poprzez kontrolę przepływu informacji. Postęp technologiczny, zamiast nas wyzwolić, uczynił manipulację bardziej subtelną i wszechobecną. Internet, który w swoich romantycznych początkach miał być cyfrową przestrzenią wolności i powszechnej wiedzy, stał się polem bitwy, gdzie przy pomocy algorytmów oraz sztucznej inteligencji tworzy się treści niemal nieodróżnialne od rzeczywistości, jak choćby deepfaki imitujące ludzki głos i wizerunek.

Najbardziej uderzająca nie jest jednak sama sprawność manipulatorów, lecz nasza własna, narastająca bezbronność i brak krytycyzmu. Zbyt łatwo uznajemy za pewnik anonimowy wpis czy sensacyjny materiał, którego wiarygodności nikt wcześniej nie zweryfikował. Na pytanie o źródło wiedzy wciąż zbyt często padają odpowiedzi w stylu: „widziałem to w telewizji” lub „przeczytałem w sieci”, jakby sam fakt publikacji stanowił ostateczną gwarancję autentyczności. W ten sposób, często bez złej woli, stajemy się przekazicielami plotek i półprawd, które tak często niesprawiedliwie odbierają komuś dobre imię. Każde bezrefleksyjne udostępnienie niesprawdzonej nowinki wzmacnia mechanizm, który działa tym skuteczniej, im mniej napotyka świadomego oporu.

Dlatego właśnie w świecie przesyconym bodźcami szczególnie potrzebna jest nam dzisiaj postawa głębokiej odpowiedzialności za słowo – zarówno to, które wypowiadamy, jak i to, które przekazujemy dalej. Wymaga to od nas nie lada samozaparcia w poszukiwaniu faktów, cierpliwości w ich weryfikowaniu oraz rzadkiej dziś pokory wobec własnej niewiedzy. W rzeczywistości, w której informacja stała się jednym z najpotężniejszych narzędzi wpływu i kontroli, krytyczne myślenie przestaje być jedynie przydatną umiejętnością intelektualną, lecz staje się ono naszym elementarnym obowiązkiem moralnym. Z pewnością nie nauczymy się go śledząc głupawe filmiki na tik-toku albo żenujące wynurzenia celebrytów na Instagramie czy Facebooku.

środa, 4 marca 2026

Obsesja Kościoła?

Jeden z moich dawno niewidzianych znajomych, filozof i wykładowca na katolickiej uczelni, skomentował najnowszy wpis o. Dariusza Piórkowskiego na jego blogu (dariuszpiorkowski.pl). Jezuita pisał w nim o etyce seksualnej Kościoła, twierdząc, że przynajmniej niektóre jej elementy są przykładem „nakładania ciężarów nie do uniesienia”. Mój znajomy skwitował to krótko: „Mówmy ludziom, jak jest, a nie jak rzekomo powinno być według odrealnionych (nomen omen) koncepcji. Uczmy ludzi inaczej. Dajmy im decydować. I skończmy z tą kościelną obsesją na punkcie kontrolowania ludzkiej seksualności”.

Przeczytałem ten komentarz i, szczerze mówiąc, westchnąłem. Postulat „mówienia jak jest” brzmi kusząco, ale w gruncie rzeczy – takie mam odczucie – jest kapitulacją przed etycznym minimalizmem. To, co autor komentarza nazywa „odrealnionymi koncepcjami”, stanowi w istocie wymagającą wizję człowieka, postrzegającą go jako kogoś więcej niż tylko sumę popędów i doraźnych zachcianek.

Mówienie „jak jest” często sprowadza się do fatalistycznego stwierdzenia, że „przecież wszyscy tak robią”. Kościół natomiast wskazuje na to, kim człowiek może się stać, jeśli podejmie trud pracy nad sobą. To nie jest odrealnienie – to stawianie poprzeczki wysoko. Bez ideałów, nawet tych najtrudniejszych, stajemy się zakładnikami własnej biologii i chwilowych impulsów.

Z kolei postulat „dajmy ludziom decydować” milcząco zakłada, że człowiek jest zawsze w pełni wolny i racjonalny. Tymczasem współczesna kultura, odarta z chrześcijańskiego fundamentu, wcale nie oferuje wolności. Poddaje nas jedynie nowym formom kontroli: dyktatowi trendów, pornografizacji relacji i konsumpcyjnemu podejściu do drugiego człowieka.

To, co bywa nazywane „obsesją kontroli”, w nauczaniu Kościoła jest w rzeczywistości ochroną świętości. Mam tu na myśli takie ujęcie, którego znakomitą egzemplifikacją jest Teologia Ciała Jana Pawła II, a nie odarta z głębi i duchowości kazuistyka niektórych kaznodziejów czy moralistów.

Seksualność to sfera tak potężna, a zarazem krucha, że pozostawienie jej bez żadnych drogowskazów („niech każdy robi, co chce”) nieuchronnie prowadzi do uprzedmiotowienia drugiego człowieka. Kościół nie dąży do kontroli dla samej władzy; chce jedynie przypominać, że ciało i duch stanowią nierozerwalną jedność. Ich rozdzielenie zawsze kończy się jakąś formą urzeczowienia. Ofiar tego procesu jest aż nadto – i nie mam tu na myśli wyłącznie skrajnych i drastycznych przypadków, takich jak gwałty czy pedofilia, ale także powszechny dziś, bolesny emocjonalny chłód, prowadzący bardzo często do rozpadu więzi, szczególnie tych małżeńskich.

Ludzie wyznający w konfesjonale różne formy nieczystości zazwyczaj nie czują się udręczeni presją „odrealnionych” norm etycznych, lecz raczej własną popędliwością, która czyni ich niewolnikami ciała. Doświadczają stanu, który tak przejmująco opisał św. Paweł: „Łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać - nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka.  Albowiem wewnętrzny człowiek we mnie ma upodobanie zgodne z Prawem Bożym. W członkach zaś moich spostrzegam prawo inne, które toczy walkę z prawem mojego umysłu i podbija mnie w niewolę pod prawo grzechu mieszkającego w moich członkach. Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, co wiedzie ku tej śmierci?”.

To ostatnie pytanie jest kluczowe. W odzyskiwaniu utraconej wolności nie pomogą „dobrzy wujkowie” w koloratkach, którzy będą radzić: „nie musicie od siebie zbyt wiele wymagać, decydujcie sami, zgodnie z waszymi indywidualnymi upodobaniami”. Taka postawa to de facto pozostawienie człowieka samemu sobie w jego słabości. Św. Paweł widzi ratunek zupełnie gdzie indziej: „Dzięki niech będą Bogu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego!”.

Autor komentarza proponuje, by „uczyć ludzi inaczej”. Co to jednak oznacza w praktyce? Całkowite odrzucenie tradycji moralnej? Chrześcijańska antropologia ma za sobą dwa tysiąclecia zgłębiania ludzkiej natury. Tymczasem współczesne, głównie neomarksistowskie narracje etyczne zmierzają w stronę coraz większego permisywizmu, zostawiając po sobie jedynie poranione serca i rozpad więzi społecznych.

Prawdziwa troska o człowieka nie polega na obniżaniu standardów do poziomu bezkrytycznych wyznawców ideologii „róbta, co chceta”, lecz na konsekwentnym głoszeniu prawdy, że wolność pozbawiona odpowiedzialności i obiektywnego ładu moralnego jest po prostu drogą donikąd. Czy słowa Jezusa: „A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa” (Mt 5, 28) to wyraz „obsesji kontroli”? Czy może raczej przejaw wymagającej miłości, która nie daje przyzwolenia na uleganie słabościom, bo zna niszczącą, uprzedmiotawiającą siłę niekontrolowanych popędów?

sobota, 14 lutego 2026

Zatrzymać marsz ku przepaści

Dwa dni temu Parlament Europejski odrzucił poprawkę, która – jak mogłoby się wydawać – stwierdzała fakt elementarny: „tylko biologiczna kobieta może zajść w ciążę”. Za jej przyjęciem głosowało 200 europosłów, 107 wstrzymało się od głosu, a 233 było przeciw. Sama treść głosowania mówi więcej o stanie współczesnej Europy niż niejeden raport czy akademicka analiza.

Nie chodzi tu już wyłącznie o spór światopoglądowy. Chodzi o coś głębszego – o utratę zdolności odróżniania rzeczy oczywistych od konstrukcji ideologicznych. Kiedy polityczna większość zaczyna kwestionować biologiczne fundamenty rzeczywistości, trudno nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z kryzysem cywilizacyjnym, a nie tylko z kolejną parlamentarną potyczką.

Europa od lat odcina się od własnych korzeni. Odrzuciła de facto chrześcijaństwo jako źródło sensu, miary dobra i zła, fundamentu godności osoby ludzkiej. W zamian zaproponowano projekt neutralności światopoglądowej, który w praktyce coraz częściej przybiera postać agresywnego laicyzmu. Neutralność przekształciła się w programową obojętność wobec prawdy, a ta – w postępujący w szybkim tempie relatywizm.

Efektem jest duchowa pustka. Kontynent, który przez wieki czerpał z Ewangelii inspirację dla prawa, kultury i etosu społecznego, dziś sprawia wrażenie zagubionego. Z jednej strony deklaruje otwartość i tolerancję, z drugiej – nie potrafi skutecznie integrować przybyszów ani bronić własnej tożsamości. Albo zamyka ich w gettach równoległych światów, albo bezradnie kapituluje wobec coraz bardziej radykalnych ideologii.

Paradoks polega na tym, że sekularyzm, który miał gwarantować pluralizm i multikulturalizm, coraz częściej prowadzi do marginalizacji chrześcijaństwa – religii, która współtworzyła Europę. W imię „postępu”, w ideologicznym amoku demontuje się fundamenty, na których zbudowano jej tożsamość.

Historia XX wieku powinna była nas czegoś nauczyć. Nazizm i komunizm – dwa systemy jawnie odrzucające Boga – pokazały, jak wygląda świat, w którym człowiek sam ustanawia się ostateczną miarą wszystkiego. Miliony ofiar i zgliszcza całych narodów nie były przecież przypadkiem, lecz konsekwencją odcięcia moralności od transcendencji.

Dzisiejsze elity europejskie zdają się coraz bardziej oddalać od wizji ojców założycieli wspólnoty – chrześcijańskich polityków, takich jak Konrad Adenauer, Robert Schuman, Alcide De Gasperi czy Charles de Gaulle, którzy widzieli w integracji europejskiej nie tylko projekt gospodarczy, lecz także moralny. W ich myśleniu Europa była wspólnotą wartości zakorzenionych w personalizmie i chrześcijańskiej antropologii. Dziś coraz częściej przypomina technokratyczny projekt zarządzany przez biurokratyczne centra decyzyjne.

Jeśli Europa nie odnajdzie na nowo swojej duszy poprzez powrót do swych duchowych korzeni i uznanie chrześcijaństwa za kluczowy element własnej tożsamości, będzie dryfować – coraz bardziej podatna na ideologiczne szaleństwa i coraz mniej zdolna do obrony własnej spójności.

Może więc warto – nawet z czysto pragmatycznych powodów – wrócić do intuicji Pascala i skierować do Europejczyków apel: „Żyjcie tak, jakby Bóg istniał” – nawet jeśli deklarujecie się jako niewierzący. Nie jako hasło dewocyjne, lecz jako cywilizacyjny kompas. 

Swego czasu z takim apelem zwrócił się do mieszkańców naszego kontynentu filozof Marcello Pera, przyjaciel papieża Benedykta, agnostyk, sam siebie określający jako „liberała i laika”. Przyjęcie takiego apelu jest jednak trudne, a dla wielu przedstawicieli samozwańczych elit, przeżartych pychą, wręcz niemożliwe. Taka postawa bowiem zakłada pokorę wobec tajemnicy istnienia i uznanie ludzkiej ograniczoności. Oznacza rezygnację z iluzji wszechmocy i absolutnej autonomii, które na pozór budują, lecz ostatecznie degradują człowieka.

Bez powrotu jednak do tego, co przez wieki stanowiło o sile i wielkości  Europy może ona utracić nie tylko pamięć o swojej przeszłości, lecz także zdolność budowania przyszłości. Bądźmy tego świadomi i nie oddawajmy jej losu – a przez to także losu naszej Ojczyzny – w ręce tych, którzy prowadzą ją ku przepaści.


czwartek, 12 lutego 2026

Ks. Józef Kurkowski SCJ

Ks. Józef z moim bratem i bratową

Ks. Józef Kurkowski jest sercaninem – zakonnikiem ze Zgromadzenia Księży Najświętszego Serca Jezusowego. Urodził się w 1944 roku w Sędziszowie. W rodzinnej parafii św. Apostołów Piotra i Pawła przyjął sakrament chrztu świętego oraz bierzmowanie, tam też dojrzewało jego powołanie. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1969 roku. Niespełna trzydziestoletni zakonnik wyruszył wówczas na misje do Indonezji – i pozostał tam do dziś. Oznacza to ponad pięćdziesiąt lat wiernej, nieprzerwanej posługi na dalekiej ziemi.

Swoją działalność rozpoczął w archidiecezji Palembang na południowej Sumatrze. Pierwszą samodzielną placówką, którą powierzono młodemu kapłanowi, było miasteczko Lahat. Prowadził tam internat dla sześćdziesięciu chłopców z zamożnych rodzin. Była to odpowiedzialna i wymagająca funkcja, szczególnie dla misjonarza rozpoczynającego pracę w zupełnie nowej kulturze, języku i realiach społecznych.

W kolejnych latach pracował w dziesięciu parafiach – w ciągu trzydziestu sześciu lat – głównie na terenie diecezji Tanjung Karang w prowincji Lampung, na południu Sumatry. Były to często wspólnoty rozproszone, funkcjonujące w trudnych warunkach, wymagające ogromnej wytrwałości, cierpliwości i zaufania Bożej Opatrzności. 

Dziś ks. Józef jest już księdzem emerytem, jednak jego „emerytura” ma charakter wyłącznie formalny. Mieszka w Dżakarcie i mimo podeszłego wieku nadal aktywnie posługuje w parafii św. Stefana w dzielnicy Cilandak w południowej części miasta, gdzie obecnie rezyduje.

Poznałem go w ubiegłym roku na Bali, podczas ślubu mojego brata. Spotkaliśmy się również na przyjęciu weselnym, a następnego dnia – w szerszym gronie – przy kawie. Już przy pierwszym kontakcie zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Jest człowiekiem niezwykle pokornym, otwartym i serdecznym. Uderzyła mnie jego naturalna życzliwość wobec drugiego człowieka oraz łatwość nawiązywania relacji. Odczułem to osobiście, choć nie należę do osób, które z miejsca zdobywają sympatię innych. W jego postawie nie było jednak cienia dystansu czy wyniosłości – jedynie prostota i autentyczność.

Pięćdziesiąt lat wiernej, gorliwej pracy misyjnej – nierzadko w trudnych, pionierskich warunkach, zwłaszcza na początku pobytu w Indonezji – jest bez wątpienia świadectwem głębokiej wiary i całkowitego oddania powołaniu. Takie świadectwo zawsze mnie porusza i buduje. Pokazuje, że kapłaństwo może być drogą konsekwentnej, cichej służby, przeżywanej z dala od rozgłosu. 

I zmoimi siostrami

W każdej rozmowie ks. Józef z wielkim zainteresowaniem pytał o sprawy Polski. Mimo wieloletniego pobytu za granicą, uważnie śledzi wydarzenia w kraju za pośrednictwem Internetu. Do ojczyzny przyjeżdża jedynie raz na kilka lat. Zdumiał mnie jednak jego szczery i spokojny zamiar, by umrzeć w Indonezji i tam zostać pochowanym. Całe swoje kapłańskie życie spędził wśród Indonezyjczyków, dlatego uznał, że również po śmierci chce pozostać pośród tych, którym tak wiernie i ofiarnie służył. W tej deklaracji dostrzegłem głęboką miłość do ludzi oraz niezwykłą konsekwencję życiowego wyboru.

Wiem, że ksiądz Józef zagląda na mojego bloga, dlatego w tym miejscu chcę mu serdecznie podziękować. Drogi Księże Józefie – dziękuję za nasze spotkania, rozmowy i Twoje świadectwo. Naprawdę cieszę się, że mogłem Cię poznać. Być może jeszcze kiedyś dane nam będzie się spotkać – jeśli nie w Indonezji, to może w Polsce.

P.S. Warto dodać, że w przeddzień Święta Niepodległości w 2016 roku ks. Józef Kurkowski wraz z trzema innymi sercanami otrzymał Order Odrodzenia Polski – Polonia Restituta, który w imieniu Prezydenta RP Andrzeja Dudy wręczył w Dżakarcie ambasador Rzeczypospolitej Polskiej w Indonezji. Odznaczenie zostało przyznane jako wyraz uznania za „poświęcenie i pracę misyjną dla dobra Kościoła w Indonezji oraz narodu indonezyjskiego”.

niedziela, 8 lutego 2026

Refleksje po kolędzie

Jeszcze dziesięć lat temu niemal połowa rodzin w parafii św. Marka Ewangelisty na warszawskim Targówku otwierała drzwi kapłanowi podczas wizyty duszpasterskiej. Dziś czyni to nieco ponad 30 procent. To wyraźny spadek, który nie jest jedynie statystyczną ciekawostką – to czytelny i bolesny znak głębokich przemian społecznych, kulturowych oraz duchowych.

Część naszych wiernych, wśród których było wielu pobożnych, oddanych parafian, odeszła już do wieczności (w naszej parafii notujemy ponad 100 zgonów rocznie). Inni, często młodzi, wyprowadzili się, a ich miejsce zajęli nowi mieszkańcy: głównie najemcy, nierzadko pochodzący z Ukrainy, którzy nie czują jeszcze więzi z lokalną wspólnotą. Wiele mieszkań stoi również pustych.

Powody, dla których tak wielu mieszkańców nie przyjmuje księdza po kolędzie, są złożone: od religijnej obojętności i braku identyfikacji z parafią, po postawy wyraźnie antyklerykalne. Jedno pozostaje niezmienne: osoby te znajdują się dziś na peryferiach Kościoła, a w niektórych przypadkach – faktycznie poza nim.

Papież Franciszek, mówiąc kiedyś o peryferiach, miał na myśli głównie osoby ubogie materialnie i wykluczone, co wynikało z jego doświadczeń w Buenos Aires. Jednak peryferia europejskie mają inny charakter. To „peryferia mentalne” – miejsca, w których światopogląd został ukształtowany przez narracje antyreligijne i agresywny laicyzm.

Tegoroczna kolęda pokazała, że obszar tych peryferii się powiększa. Trudno więc nie postawić sobie zasadniczego pytania: jak dotrzeć z Dobrą Nowiną do tych, którzy nie tylko nie chcą jej słuchać, ale wręcz się jej lękają lub nią gardzą? Czy należy próbować dotrzeć do nich za wszelką cenę? I czy ma to sens?

Choć chrześcijanin musi być człowiekiem nadziei, trudno uciec od wrażenia, że wielu naszych „braci oddalonych” stało się duszpastersko niemal nieosiągalnych. Ich uprzedzenia są głęboko zakorzenione. A jednak – Bóg działa. Przypowieść o synu marnotrawnym przypomina, że czas duchowej rozrzutności może się skończyć, nawet jeśli droga do domu wiedzie przez bolesne doświadczenie „jedzenia strąków”, przez samotność i upokorzenie.

Dlatego nie wolno nam nikogo skreślać. Musimy szukać okazji do dialogu, modlić się i trwać, nawet jeśli przełom wydaje się wymagać radykalnej zmiany cywilizacyjnej. Czy jest na to szansa?

Być może. Zachodnie społeczeństwa coraz wyraźniej odczuwają zmęczenie duchową pustką. Widać to czasem w wyborach politycznych i zwrocie ku wartościom konserwatywnym. Jeśli to przebudzenie przeniknie do mediów i kultury, może dotrzeć także do ludzkich serc. Wtedy ci z peryferii zaczną powoli wracać ku centrum.

Dziś jednak musimy zacząć od siebie. Zarówno my, księża, jak i wierni świeccy, musimy pamiętać, że to my w pierwszej kolejności jesteśmy wezwani do nieustannego nawracania się. Cóż nam po tym, że jesteśmy w centrum Kościoła instytucjonalnego, jeśli Bóg znajduje się na peryferiach naszego serca?

czwartek, 8 stycznia 2026

Pani Zosia

Dzisiejsza Ewangelia ukazuje nam Jezusa, który na widok wielkiego tłumu „lituje się nad nimi”. Serce Zbawiciela porusza widok ludzi przybyłych zewsząd, by szukać u Niego ratunku i nadziei. Jezus dostrzega ich głęboki, duchowy głód – widzi w nich owce niemające pasterza. To dlatego, odkładając na bok własne zmęczenie, poświęca im czas i karmi ich mądrością swojego słowa.

Tymczasem postawa uczniów jest inna. Gdy widzą, że zgromadzeni ludzie są głodni, proszą Jezusa, aby ich odprawił – by mogli sami o siebie zadbać i zaradzić swoim potrzebom. Jezus jednak odpowiada: „Wy dajcie im jeść!”.

To symboliczna scena. Jezus mówi w niej do każdego z nas: „Podnieś oczy! Przestań skupiać się wyłącznie na sobie i własnych potrzebach. Zobacz, ile głodu jest wokół ciebie”. Każdy dzień daje nam mnóstwo okazji, by kogoś nakarmić – dobrym słowem, uśmiechem czy innym gestem życzliwości. Być może sami nie posiadamy wiele, ale warto umieć dzielić się z tymi, którzy mają jeszcze mniej. Może i my borykamy się z kłopotami, ale inni dźwigają nieraz znacznie większe ciężary.

Chrześcijanin to ktoś, kto ma dobre serce i potrafi tę dobroć wyrażać w najprostszych odruchach. Jestem przekonany, że taką właśnie osobą była śp. pani Zofia Wielądek, którą dzisiaj, podczas Mszy pogrzebowej, razem z ks. Łukaszem Piotrowskim i ze wszystkimi jej uczestnikami powierzałem Bożemu miłosierdziu.

Kiedy ponad jedenaście lat temu przyszedłem do parafii św. Marka jako proboszcz, nie znałem tu nikogo. Bardzo szybko jednak poznałem panią Zosię i równie szybko doświadczyłem jej dobroci, która najczęściej objawiała się w uśmiechu oraz przyjaznym, ciepłym słowie. Gdy przychodziła do zakrystii, często brała mnie za rękę i mówiła: „Księże – a nawet księżulku – kochany…”. Chętnie dzieliła się swoimi przeżyciami, czasem trudnymi, zwłaszcza w ostatnim czasie. Nigdy przy tym nie była natrętna ani absorbująca; w jej postawie nie było ani krzty roszczeniowości.

W końcowym etapie życia ciężko chorowała, ale nie narzekała. Czasami, gdy opowiadała nieco dłużej o swoich dolegliwościach, po chwili przerywała z pokorą: „Ale nie ma co narzekać. Będzie, co Bóg da. Niech się dzieje Jego wola”.

Nie ukrywam, że będzie mi brakować jej obecności. Także tych spotkań w jej domu. Bardzo ceniłem sobie owe wspólne kolacje, na które zapraszała mnie wraz ze swoim mężem, panem Janem. Spotkanie z ludźmi tak otwartymi i życzliwymi zawsze daje nam, księżom, nowe siły.

Z tych rozmów wyniosłem też obraz pani Zosi jako osoby głęboko kochającej Ojczyznę. Często wyrażała troskę o jej losy. Bolało ją, że tak wielu rodaków odrzuca wartości będące fundamentem naszej narodowej tożsamości, jednak w tym bólu nigdy nie była zacietrzewiona czy napastliwa. Zamiast tego mówiła o modlitwie – modliła się za tych, którzy zaniedbują, a niekiedy wręcz niszczą duchowe dziedzictwo kraju.

Przejmowała się losem najbliższych, ale pamiętała też o nas, duszpasterzach. Miałem szczególne miejsce w jej modlitwie. „Modlę się za ciebie, księże kochany” – tak często powtarzała. Z tych spotkań zawsze wychodziłem umocniony, a na dodatek obdarowany różnymi wiktuałami. To cecha ludzi prawdziwie dobrych: potrafią dzielić się tym, co mają, i czynią to z radością, niosąc w sercu słowa Pana, że „więcej szczęścia jest w dawaniu, aniżeli w braniu”. Szkoda, przynajmniej takie odnoszę wrażenie, że takich ludzi, tak prostych i dobrych zarazem, jest coraz mniej na świecie.

Wierzę, a właściwie jestem pewien, że pani Zosia – w nagrodę za swoje dobre serce – doświadcza teraz pełni szczęścia, będącego owocem wiecznego zjednoczenia z Bogiem. Droga Pani Zosiu, odpoczywaj w pokoju!

niedziela, 28 grudnia 2025

Medialny lincz w imię Ewangelii? O granicach krytyki w Kościele

Współczesny wirtualny świat przyzwyczaił nas do tego, że każdy ma prawo do oceny wszystkiego. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy ta swoista wulgaryzacja głosu (w sensie łacińskiego vulgus – lud) wchodzi do wnętrza Kościoła nie jako narzędzie budowania, lecz jako swego rodzaju bicz, który służy do bezlitosnego smagania – głównie duchownych, zwłaszcza biskupów. Coraz częściej obserwujemy zjawisko „dyżurnych krytyków” instytucji Kościoła, dla których Internet stał się amboną do ogłaszania potępiających wyroków. Czy to jednak wciąż szczera troska o wspólnotę, czy już tylko agresywna publicystyka uprawiana pod płaszczykiem pobożności lub świętego oburzenia?

Nikt o zdrowych zmysłach nie kwestionuje potrzeby oczyszczenia Kościoła. Grzech i błędy winny być nazywane po imieniu. Jednak to, co obserwujemy w mediach społecznościowych – choćby w wykonaniu ks. Jacka Stryczka w kontekście jego ataków na osobę abp. Marka Jędraszewskiego – ma niewiele wspólnego z ewangelicznym upomnieniem braterskim. Miałem kiedyś okazję rozmawiać z Arcybiskupem osobiście. Okazał mi wówczas dużo życzliwości i autentycznego zainteresowania (być może dlatego, że obaj broniliśmy doktoratów z filozofii na tej samej rzymskiej uczelni). Tym trudniej czyta się pogardliwe teksty, w których silne, osobiste uprzedzenia biorą górę nad duszpasterską odpowiedzialnością i zwykłym szacunkiem dla człowieka.

Postawa ta dziwi tym bardziej, że ks. Jacek sam uważa się za ofiarę medialnej nagonki, w wyniku której został usunięty z zarządu Stowarzyszenia Wiosna organizującego, między innymi, Szlachetną Paczkę. Można by oczekiwać, że osoba doświadczona takim mechanizmem będzie daleka od stosowania go wobec innych.

Kiedy ksiądz publicznie, za pomocą facebookowych postów, toczy osobiste porachunki z hierarchami, przekracza granice nie tylko przyzwoitości, ale i swojej misji. Kościół to nie korporacja, w której frakcje walczą o wpływy za pomocą przecieków i medialnego linczu. To wspólnota, w której także winę czy grzech powinno się piętnować z myślą o zbawieniu drugiego człowieka, a nie o liczbie „lajków” pod postem.

Najbardziej smutnym aspektem tej „internetowej partyzantki” jest jej użyteczność dla środowisk antyklerykalnych. Krytyka podana w formie agresywnej i pogardliwej staje się natychmiastową pożywką dla tych, dla których każda okazja do uderzenia w Kościół jest dobra. Tacy „odważni” księża stają się wówczas – by nie użyć mocniejszego określenia – użytecznymi narzędziami w rękach ludzi niechętnych wierze.

Czy autorzy tych tekstów nie widzą, że zamiast leczyć rany, sypią na nie sól? Zamiast prowadzić do nawrócenia, budują mury i pogłębiają polaryzację, która i tak rozrywa naszą wspólnotę. To nie jest głos „wołającego na pustyni”, lecz raczej żebranie o poklask czytelników karmiących się skandalem lub niekontrolowana forma manifestowania osobistych urazów.

Jeśli naprawdę zależy nam na dobru Kościoła, musimy wrócić do źródeł. Ewangelia wg św. Mateusza daje jasną radę: najpierw idź i upomnij brata w cztery oczy. Medialne insynuacje i oskarżenia bez możliwości obrony to zaprzeczenie chrześcijańskiego porządku. To tworzenie wirtualnych „sądów kapturowych”, w których sędzią jest autor posta, a katem – rozgrzany do czerwoności tłum komentujących.

Agresywna publicystyka duchownych wymierzona w innych duchownych to nowa odsłona znanej od dawna przemocy. Kiedyś przybierała ona formy kuluarowych intryg i plotek. Dziś zmieniły się tylko narzędzia – mamy posty i tweety. Duch pozostaje jednak ten sam: chęć ukazania drugiego człowieka w jak najgorszym świetle, ubrana dla niepoznaki w szaty „walki o prawdę”. Warto przypomnieć: prawda bez miłości przestaje być prawdą, a staje się narzędziem dyfamacji.

Powyższa krytyka nie jest jednak wezwaniem do milczenia czy chowania głowy w piasek. Wręcz przeciwnie – o problemach trzeba mówić głośno, ale w ramach szczerego, wewnątrzkościelnego dialogu. To wymaga odważnej rezygnacji z jego fikcyjnych i fasadowych form.

W praktyce oznacza to konieczność reanimacji takich gremiów kościelnych, jak chociażby rady kapłańskie, który winny być przestrzenią szczerej rozmowy. To tam, a nie na tablicy Facebooka, jest miejsce na trudne pytania i merytoryczne uwagi. Musimy budować zaufanie na linii kapłan–biskup (ale także w relacjach proboszcz–wikariusz czy duchowni–świeccy). Wymaga to jednak pokory z obu stron: gotowości do słuchania u hierarchów oraz lojalnego – co nie znaczy bezkrytycznego – dialogu ze strony księży.

Zbyt często oficjalne spotkania opierają się na jałowej „metodzie podawczej”: góra przekazuje instrukcje na dół, pomijając aktywny głos tych, którzy pracują na pierwszej linii duszpasterstwa. Jak wspomniał mi kiedyś w rozmowie abp Henryk Hoser, brakuje potem entuzjastycznego „follow-up” ze strony księży. Nic w tym dziwnego – bez poczucia współodpowiedzialności każda decyzja, nawet najsłuszniejsza, ma wielką szansę pozostać jedynie martwym dokumentem.

piątek, 26 grudnia 2025

Świadectwo męczenników

Opowieść o świętym Szczepanie, pierwszym męczenniku Kościoła, to nie tylko relacja z odległej przeszłości. To wciąż poruszające świadectwo, które przemawia także dzisiaj. Ukazuje ono Kościół jako wspólnotę nieustannie w drodze, wiernie niosącą światło Ewangelii, mimo że wielu pragnie je zgasić.

Szczepan, człowiek pełen Ducha Świętego, mądrości i wewnętrznej siły, stracił życie nie z tego powodu, że czynił zło, lecz dlatego, że mimo nacisków i gróźb nie przestał głosić prawdy o Jezusie Chrystusie –  ukrzyżowanym i zmartwychwstałym. Głosił tę prawdę odważnie i bezkompromisowo. Jego śmierć stała się symbolem i zapowiedzią, że życie ucznia Chrystusa zawsze będzie budziło wrogość ze strony tych, którzy nie chcą tej prawdy przyjąć – bo uznają ją za zbyt wymagającą lub niewygodną.

Chrześcijanin, który żyje autentyczną wiarą, staje się świadkiem istnienia innej, duchowej rzeczywistości, głębszego sensu i przede wszystkim nadziei, która wykracza poza horyzont doczesności. Jednak w świecie zdominowanym przez materializm życie zgodne z duchem Ewangelii często budzi niepokój, a nawet agresję. Dlatego prześladowania chrześcijan nie należą wyłącznie do przeszłości – są realnym zjawiskiem naszych czasów. Przybierają różne formy: od brutalnych represji fizycznych, przez społeczne wykluczenie, aż po subtelne mechanizmy kulturowego wymazywania chrześcijaństwa jako fundamentu cywilizacji zachodniej.

Jak podaje organizacja Open Doors, obecnie aż 380 milionów chrześcijan w 78 krajach świata doświadcza prześladowań z powodu swojej wiary. To nie są liczby oderwane od rzeczywistości – za każdą z nich kryje się ludzki dramat: rozbite rodziny, sprofanowane świątynie, udręczeni świadkowie wiary – więzieni, torturowani, a często także zabijani. Ich cierpienie wpisuje się w tajemnicę Krzyża i staje się przedłużeniem Męki Chrystusa. To także mocne ostrzeżenie: wolność religijna nie jest dana raz na zawsze. Tam, gdzie skrajne ideologie i fanatyzmy wypaczają prawdę i zagłuszają sumienie, rodzi się przemoc wobec Ewangelii. Jej tragicznym owocem są nie tylko ból i cierpienie, lecz także męczeńska śmierć wielu naszych braci i sióstr w wierze.

Tę prawdę przypomina nam także bazylika św. Bartłomieja na rzymskiej Wyspie Tyberyjskiej – miejsce, które św. Jan Paweł II ogłosił w 2000 roku sanktuarium męczenników XX i XXI wieku. Miałem okazję być tam wiele razy – i za każdym razem to miejsce głęboko mnie poruszało. Przechowywane są tam relikwie i pamiątki po tych, którzy oddali życie w wierności Chrystusowi. Opowiadają o męczennikach ze wszystkich kontynentów, pochodzących z różnych kultur, mówiących różnymi językami, żyjących w różnych epokach – a jednak zjednoczonych jednym wspólnym mianownikiem: miłością do Boga, która okazała się silniejsza niż strach i potężniejsza niż śmierć.

Ale problem prześladowań nie dotyczy wyłącznie odległych krajów ogarniętych wojną czy tyranią. Również w naszym polskim społeczeństwie coraz wyraźniej dostrzegalne są przejawy ideologicznego i społecznego ostracyzmu wobec ludzi wierzących – tych, którzy nie wahają się dawać świadectwa wyznawanym wartościom. Coraz częściej drwi się z symboli religijnych, umniejsza rolę chrześcijaństwa w przestrzeni publicznej, a głos Kościoła – nawet najbardziej wyważony – bywa marginalizowany lub odrzucany z góry. W niektórych środowiskach obecność kogoś, kto stara się żyć zgodnie z Ewangelią staje się niewygodna. Nieraz musi on zapłacić za swoją wierność wysoką cenę – napiętnowania, wykluczenia lub obojętnego, a nawet jawnie wrogiego milczenia wobec jego świadectwa.

To powinno skłonić każdego z nas do postawienia sobie pytania zasadniczego: czy ja sam mam dziś odwagę być świadkiem wiary? Czy stać mnie na wierność, która nie szuka poklasku, lecz kieruje się Prawdą? Chrystus nie powołał nas do bycia letnimi ani nijakimi. Powiedział wyraźnie: „Kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego i Ja zaprę się przed moim Ojcem” (Mt 10,33). Wiara, która nie wymaga wyrzeczeń, bywa często tylko pozorem. Jak pisał Dietrich Bonhoeffer, wiara to nie „tania łaska” – wygodna, dopasowana do oczekiwań świata – ale „droga łaska” – wymagająca, kosztowna, bo czasami kosztująca życie, lecz prawdziwa. Tylko taka wiara ma moc odnowić i przemienić świat.

Dlatego dziś potrzeba chrześcijan głębokich – niekoniecznie głośnych, ale autentycznych. Takich, którzy nie błyszczą słowem, lecz promieniują życiem. Którzy pozostają wierni Bogu w codziennych wyborach – często bez rozgłosu, z dala od wielkich scen, na których toczą się sprawy świata. Potrzeba ludzi wiary, którzy będą światłem – nie oślepiającym, lecz wskazującym drogę. Ludzi, którzy w pracy, na uczelni, w rodzinie będą czytelnym znakiem, że Chrystus nie należy do przeszłości, lecz jest Życiem – obecnym i działającym w sercach swoich uczniów.

środa, 24 grudnia 2025

Światłość w ciemności

Jak co roku, pochylamy się nad tajemnicą narodzin Zbawiciela. Tak naprawdę nie wiemy, kiedy dokładnie Jezus Chrystus przyszedł na świat. Starożytność nie znała naszej precyzyjnej rachuby czasu — daty urodzin rzadko zapisywano, a ludzie często sami ich nie pamiętali. Skąd więc 25 grudnia jako dzień narodzin Syna Bożego?

Otóż, chrześcijanie, nie znając rzeczywistej daty narodzin Chrystusa, prawdopodobnie celowo wybrali dzień symboliczny: zimowe przesilenie, kiedy noc jest najdłuższa, a dzień najkrótszy. W tym właśnie czasie w starożytnym Rzymie obchodzono pogańskie święto narodzin boga Słońca (Sol Invictus). W odpowiedzi na ten kult, chrześcijanie wskazali na prawdziwe Światło, które przyszło na świat — na Jezusa Chrystusa, Boga, który stał się Człowiekiem. On, Światłość Wcielona, rozprasza nie tylko mrok natury, ale również ciemność ludzkiego serca.

Tradycja głosi, że Jezus narodził się nocą. To akurat wydaje się bardzo prawdopodobne. Ewangelia bowiem ukazuje pasterzy czuwających przy trzodach, pełniących straż nocną. Noc ta jednak nie jest jedynie porą doby — staje się znakiem czasu, w którym dokonało się Wcielenie. Był to bowiem czas mroczny.

Faktycznie, Palestyna pierwszego wieku nie była krainą pokoju ani bezpieczeństwa — była ziemią okupowaną, obciążoną podatkami, dotknięta niesprawiedliwością i lękiem. Pax Romana, często wychwalany, był pokojem narzuconym przemocą i utrzymywanym siłą. Jezus nie przychodzi więc na świat jasny i przyjazny, lecz do rzeczywistości nieprzyjaznej, pogrążonej w mroku, który dla wielu oznaczał poczucie beznadziei. I to właśnie w taką noc rodzi się Światło.

Jak co roku przychodzimy na Pasterkę w nocy. Na zewnątrz panuje ciemność, ale wnętrza naszych świątyń są rozświetlone blaskiem lamp i świec. To przeciwstawienie nie jest bynajmniej tylko dekoracyjne, przeciwnie — odsłania głęboką prawdę o świecie i o nas samych. Ciemność, która nas otacza także za dnia, nie jest jedynie metaforą — bywa realna, brutalna i bolesna. Widzimy ją w wydarzeniach wstrząsających społeczeństwami, w przemocy wobec najsłabszych, w ranach zadawanych nawet przez tych, których zadaniem jest leczyć i chronić życie.

Spójrzmy choćby na dramatyczne wydarzenia ostatnich miesięcy w Polsce. W kwietniu dotarła do nas wiadomość, że w szpitalu w Oleśnicy, w 9 miesiącu ciąży, zginął nienarodzony chłopiec — Felek. Jego życie zostało przerwane decyzją lekarki, która wstrzyknęła mu truciznę bezpośrednio w serce. To wydarzenie wstrząsnęło sumieniami wielu, choć – niestety – wcale nie wszystkich.

Nie był to jednak jedyny znak ciemności. Zaledwie kilka dni temu, 15 grudnia, w Jeleniej Górze dwunastoletnia dziewczynka zabiła swoją jedenastoletnią koleżankę. Ta tragedia odsłoniła, jak głęboko ciemność potrafi przeniknąć do wnętrza człowieka — nawet do serc dzieci. Często czyni to po cichu, karmiona samotnością, brakiem bliskich relacji i długimi godzinami spędzonymi w świecie wirtualnym.

Ciemność widzimy także poza granicami naszego kraju: w trwających wojnach, w cierpieniu niewinnych, w prześladowaniach chrześcijan, którzy giną tylko dlatego, że pozostali wierni Światłu.

Byłoby jednak złudzeniem sądzić, że ciemność istnieje wyłącznie „tam”, gdzieś daleko od nas. Ona mieszka również w nas samych — w naszych sercach. Nosi imiona grzechu, samotności, bezradności i zwątpienia. To właśnie tę osobistą ciemność przynosimy w noc Bożego Narodzenia do Betlejem. Do żłóbka nie przychodzi się w masce ani z udawaną jasnością. Jeśli nie odważymy się stanąć przed Bogiem z naszą nocą, Boże Narodzenie pozostanie jedynie sentymentalnym obrazkiem — pięknym, pobudzającym wyobraźnię, wzruszającym, lecz bezsilnym wobec prawdziwego głodu serca.

Tymczasem sens tej nocy sięga znacznie głębiej. Jest ona bowiem spełnieniem obietnicy, że na świat przyszło Światło, które nie boi się mroku. Światło, które może narodzić się także w nas — dokładnie tam, gdzie najbardziej go brakuje — i rozproszyć nasze ciemności.

Już na pierwszych kartach Biblii Bóg objawia się jako Ten, który mówi do ciemności: Niechaj się stanie światłość — i światłość się staje. Bóg nie omija mroku — On go rozświetla. Dziś oddajemy cześć Bogu, który wszedł w ludzką historię: w jej chłód i ciemność. Stał się jednym z nas. Jak pasterze, bywamy czasem skuleni w ciemności, zalęknieni, pozbawieni poczucia bezpieczeństwa, bo nie zawsze otoczeni życzliwą obecnością. A jednak każda ciemność może być pokonana przez światło — jeśli tylko z wiarą przyjmiemy orędzie aniołów: Dziś narodził się wam Zbawiciel.

Ewangelia mówi, że „nie było dla nich miejsca w gospodzie”. Maryja i Józef, zmęczeni drogą, odrzuceni przez ludzką obojętność, zmuszeni są opuścić miasto i udać się w chłód nocy. I tak oto Bóg, który przychodzi na świat, spotyka się z brakiem gościnności, z zamkniętymi drzwiami i sercami. Ale właśnie tu objawia się paradoks Bożego Narodzenia: Bóg, który nie został przyjęty przez ludzi, sam staje się Tym, który przyjmuje wszystkich. W Dzieciątku Jezus, narodzonym w ubogiej stajni, powstaje nowy dom — dom zbudowany nie z kamienia, lecz z miłości. Dom bez granic, otwarty dla każdego człowieka.

Boże Narodzenie zaprasza nas, byśmy zamieszkali w tym domu. Byśmy na nowo weszli w przestrzeń Bożej miłości, która dziś bije rytmem serca Dziecka otulonego w pieluszki i złożonego w żłobie. Niech Noc Betlejemska przypomni nam, że nawet jeśli świat odrzuca Boga, On nigdy nie odrzuca człowieka. Pośród naszych trosk i niepokojów, mimo naszych słabości i upadków, miłosierny Bóg buduje dla nas bezpieczny dom — pełen miłości, ciepła, radości i pokoju. I mówi z czułością: „Zamieszkaj we Mnie. Tu, w moim sercu, jesteś u siebie.”

środa, 17 grudnia 2025

Pochwała stworzeń

Od najdawniejszych czasów chrześcijaństwo głosiło prawdę o przemijalności świata stworzonego. Prawda ta stanowiła fundament duchowego realizmu, który przewijał się w nauczaniu wielu mistrzów życia wewnętrznego. Z niej wyrasta wezwanie, by nie przywiązywać serca do tego, co doczesne: „Mówię, bracia, czas jest krótki. Trzeba więc, aby ci, którzy [...] nabywają, tak żyli, jakby nie posiadali; ci, którzy używają tego świata, tak jakby z niego nie korzystali” (1 Kor 7, 29–31).

Nieuporządkowane przywiązanie do przemijających dóbr może bowiem zaślepić nasze wnętrze, oddzielając nas od tego, co absolutne – od Boga. Choć świat stworzony zachwyca pięknem, nie jest celem samym w sobie, lecz drogą ku Temu, który go powołał do istnienia. Dlatego niektórzy teologowie, zwłaszcza reprezentujący nurt teologii apofatycznej, sięgali po radykalne sformułowania, ukazujące rzeczy stworzone jako „nicość” wobec Bytu absolutnego. Tego rodzaju język miał na celu ukazanie nieskończonej przepaści dzielącej Stwórcę od stworzenia – przepaści tak głębokiej, że tylko milczenie i negacja mogły jakoś dotknąć tajemnicy Boga.

A jednak taka retoryka, choć zrodzona z kontemplacji Bożej transcendencji, niesie w sobie pewne ryzyko subtelnego błędu – przesunięcia akcentu z właściwego dystansu wobec stworzeń ku ich odrzuceniu, a nawet pogardzie. Osobiście zawsze odczuwałem wewnętrzny sprzeciw wobec tego rodzaju ujęć – nie tylko z racji bliskości z klasyczną filozofią bytu, która afirmuje realność i godność rzeczy stworzonych, lecz przede wszystkim dlatego, że każda forma negacji stworzenia może niepostrzeżenie prowadzić do zubożenia naszej relacji z Bogiem.

Przecież to On sam powiedział: „niech się stanie”, a o wszystkim, co uczynił, Księga Rodzaju stwierdza, że było „bardzo dobre”. Boże „tak” wypowiedziane wobec stworzenia powinno inspirować również naszą jego afirmację, a nie odrzucenie.

Oczywiście, stworzenie może stać się przeszkodą – ale jedynie wtedy, gdy mylnie uczynimy z niego nadrzędny cel. W swojej najgłębszej istocie świat nie jest jednak zagrożeniem dla duszy, lecz zaproszeniem do kontemplacji. W rzeczach stworzonych migocze bowiem obecność Tego, który je stworzył. Odrzucić je, to jakby zamknąć oczy na światło Boga odbite w zwierciadle stworzonego istnienia.

Negatywne widzenie świata, które przez wieki przenikało chrześcijańską myśl, zawdzięczamy w dużej mierze wpływowi platonizmu. W platońskiej wizji rzeczywistości świat zmysłowy nie odsłania prawdy, lecz ją zasłania – jawi się jako słaby cień, marna imitacja doskonałych idei. W konsekwencji wytwarza się dualizm: materia i duch, czas i wieczność, doczesność i nadprzyrodzoność – przy czym pierwszy człon tych przeciwstawień postrzegany jest jako coś niższego, a nawet niepożądanego.

Chrześcijaństwo jednak, zwłaszcza w świetle tajemnic Wcielenia i Zmartwychwstania, prowadzi ku innej wizji: wizji jedności i przenikania. Materia nie jest przeciwieństwem ducha, lecz jego narzędziem i przejawem. Doczesność staje się przestrzenią działania łaski. Ciało może być świątynią Ducha. A świat – choć przemijający – nosi w sobie pieczęć wieczności. Bóg, który sam jest Nieskończony, zapragnął, by istniało to, co skończone – i uznał je za dobre.

Nie chodzi więc o to, by świat odrzucić, ale by uznać jego właściwe miejsce – jako znak, drogę prowadzącą do Boga. Rzeczy stworzone są jak światełka wobec wielkiego światła Boga – nikłe w porównaniu z Nim, lecz wciąż zdolne do rozświetlenia drogi człowieka. Ich wartość jest względna, ale nie zerowa; ich piękno przemijające, ale realne. Nie chodzi więc o pogardę, lecz o mądrą „wzgardę” – czyli o świadomy wybór wyższego dobra przy jednoczesnym uznaniu wartości tego, co niższe.

Jak pisał św. Bonawentura, duchowy uczeń św. Franciszka: „Wszystkie stworzenia świata materialnego prowadzą dusze kontemplującego i mądrego człowieka do wiecznego Boga. Są one danymi nam śladami, obrazami i przedstawieniami, abyśmy oglądając je, współoglądali Boga”. I dalej: „Ślepcem jest ten, do kogo nie dociera blask bijący z rzeczy stworzonych. Głuchy jest ten, kto nie słyszy tak potężnego wołania. Niemy jest ten, kto nie wysławia Boga za te wszystkie skutki Jego działania”.

Zachwyt nad światem nie jest więc konkurencją dla wiary w Boga – przeciwnie, może być jej początkiem. Dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy ducha kontemplacji: zdolności dostrzegania śladów Boga tam, gdzie inni widzą tylko szarą, „zwykłą” codzienność. Porządek natury, jej piękno, harmonia i cisza – to wszystko jest głosem Boga, Jego nieustannym, choć milczącym orędziem. Sam Jezus zapraszał nas do tej duchowej uważności: „Przypatrzcie się liliom, jak rosną: nie pracują i nie przędą, a powiadam wam: Nawet Salomon w całym swym przepychu nie był tak ubrany jak jedna z nich” (Łk 12, 27).

Uczmy się więc widzieć w stworzeniu nie rywala Boga, lecz Jego ikonę – kruche, a zarazem głębokie odbicie.

niedziela, 14 grudnia 2025

Fides quaerens intellectum

Jan Chrzciciel, o którym mówi dzisiejsza Ewangelia, znajduje się – mówiąc językiem filozofii egzystencjalnej – w „sytuacji granicznej” (termin znany z twórczości Karla Jaspersa). W tego typu sytuacji człowiek staje twarzą w twarz z własną bezsilnością, z niezrozumieniem tajemnicy swojego losu, czasami nawet ociera się o nicość albo absurd. Jan jest w więzieniu. Trochę już zapomniany, osamotniony – z dnia na dzień coraz bliżej śmierci. Jego więzienna rzeczywistość w niczym nie przypomina tych dni nad Jordanem, gdy z mocą głosił nawrócenie i zapowiadał nadejście Królestwa. Teraz pozostało tylko milczenie murów i cisza, w której rozbrzmiewają rodzące się w sercu pytania bez odpowiedzi.

Choć wcześniej z przekonaniem rozpoznał w Jezusie „Baranka Bożego, który gładzi grzech świata”, teraz – gdy czuje się osamotniony, w ciemności więziennej celi – pojawiają się wątpliwości. To nie tyle wyraz braku wiary, ile duchowego kryzysu, jaki od czasu do czasu dotyka każdego, kto prawdziwie szuka Boga. W pytaniu Jana: „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść?” słychać nie tylko niepewność, ale też tęsknotę i nadzieję, że może jednak to wszystko, w co wierzył i co głosił, nie było daremne.

Dla mnie osobiście to niezwykle poruszający obraz – prorok ogarnięty ciemnością, targany wewnętrznymi wątpliwościami. To obraz, który pokazuje, że nawet najwięksi duchowi przewodnicy, prawdziwi mocarze ducha, także przechodzą przez noc wiary. Jan nie zamyka się jednak w sobie, nie ulega zgorzknieniu, nie tłumi wątpliwości, udając pewność, której de facto już nie ma. Robi coś, co jest głębokim aktem pokory i zaufania – posyła uczniów do Jezusa, by szukali odpowiedzi u Źródła.

To wydarzenie niesie ze sobą lekcję dla każdego z nas: w chwilach ciemności i kryzysu nie trzeba chować pytań w sercu, udając, że wszystko jest w porządku. Niepewność to nie powód do wstydu. To część ludzkiej kondycji. Pytania nie oddzielają nas od Boga – przeciwnie, mogą być mostem ku Niemu, jeśli odważymy się je wypowiedzieć. Mogą stać się początkiem prawdziwego, przemieniającego nas dialogu. Bóg bowiem nie obraża się na nasze szukanie sensu. On odpowiada – nie zawsze słowem, czasem poprzez znaki, wydarzenia, które domagają się uważnego spojrzenia i otwartego serca.

Jezus, co najciekawsze, nie udziela Janowi prostego potwierdzenia. Nie mówi: „Tak, to Ja tym, który miał przyjść”. Zamiast tego wskazuje na dzieła, które spełniają zapowiedzi proroków: ślepi odzyskują wzrok, chromi chodzą, ubogim głoszona jest Dobra Nowina. To styl Boga – odpowiada nie deklaracjami, ale wydarzeniami. Dla nas to przypomnienie, że Boże działanie często objawia się w naszej codzienności. Trzeba patrzeć sercem, by je zobaczyć.

Warto to podkreślić: niepewność, wątpliwości nie są grzechem. Kryje się za nimi autentyczne pragnienie sensu, potrzeba spotkania z tym, co prawdziwsze i głębsze. Grzechem byłaby natomiast rezygnacja z szukania. Jan pyta – i otrzymuje odpowiedź. Tak samo każdy z nas może pytać. By nie zamknąć się w ciemności, ale z nadzieją wychylać się ku światłu. Bóg bowiem odpowiada każdemu, choć nie zawsze od razu i nie zawsze tak, jak się tego spodziewamy. 

sobota, 13 grudnia 2025

Iluzja nieskazitelności

W jednej ze swoich przypowieści Jezus kreśli poruszający obraz dwóch ludzi, którzy przyszli do świątyni, by się modlić. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że niewiele ich dzieli – obaj bowiem przebywają w tej samej sakralnej przestrzeni. A jednak między nimi rozciąga się przepaść niemal nie do przebycia.

Jeden z nich to faryzeusz – człowiek gorliwy, pobożny, powszechnie szanowany za swoją wierność Prawu. Drugi to celnik – urzędnik uważany za grzesznika, outsider w oczach społeczności i religijnych przywódców.

Faryzeusz stoi z przodu świątyni z podniesioną głową. Jednak duma z samego siebie zamyka go na prawdziwą relację z Bogiem. Jego modlitwa nie jest rozmową – to monolog, w którym sam siebie wychwala. Nie tyle adoruje Boga, ile raczej siebie w Jego obecności: „Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie…” (Łk 18,11).

Nie przychodzi po to, by wydobyć się z ciemności, jest bowiem przekonany, że sam świeci wystarczająco jasno. Nie szuka prawdy, lecz potwierdzenia swojej nieskazitelności. Jego religijność, choć zewnętrznie poprawna i godna uznania, prowadzi go do duchowego narcyzmu, czego najlepszym dowodem jest modlitwa, która nie staje się przestrzenią spotkania, lecz sceną dla pyszałkowatej autoprezentacji.

Iluzja doskonałości, w której żyje, nie opiera się na fałszu – przeciwnie, opiera się paradoksalnie na faktach: faryzeusz pości, daje jałmużnę, unika zła. Jednak to, co zewnętrznie chwalebne, staje się zasłoną, oddzielającą go od prawdy o sobie samym. Jego życie duchowe przypomina lustro, które odbija jedynie wyidealizowany obraz, nigdy zaś nie pozwala zajrzeć głębiej.

Tymczasem z tyłu świątyni, w półmroku, trwa w milczeniu inna postać – celnik. Człowiek powszechnie nielubiany, a nawet pogardzany. Nie śmie nawet podnieść wzroku ku niebu. Nie opiera się na zasługach, nie szuka porównań, nie recytuje też gotowych modlitewnych formuł. Ma tylko jedno – nagą prawdę o sobie. I wypowiada ją szeptem, w geście głębokiej pokory i skruchy: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika.” (Łk 18,13)

Te słowa to nie jest wyraz rozpaczy, lecz modlitwa nadziei, która rodzi się z przekonania, że Boże miłosierdzie jest większe niż ludzka wina. I tak słabość celnika staje się dla niego okazją do spotkania z Bogiem. I to właśnie on – nie faryzeusz – odchodzi usprawiedliwiony.

Jezus tą przypowieścią burzy nasze schematy myślenia: to nie moralna nieskazitelność ani duchowa doskonałość otwierają serce na Boga, lecz skruszone wnętrze, które nie kryje się za cnotami, ale odsłania się w bezbronnej prawdzie.

Iluzja nieskazitelności jest niebezpieczna, bo zamyka nie tylko na Boga, lecz także na drugiego człowieka. Prowadzi do duchowego elitaryzmu, w którym modlitwa staje się autopromocją, a pobożność – środkiem do gromadzenia zasług. Zamiast zawierzenia – jest liczenie na siebie. Zamiast ufnej miłości – pojawia się kalkulacja i duchowe wyrachowanie. Pycha rośnie, ale życie duchowe więdnie.

Prawda o własnej niedoskonałości, choć trudna, jest zawsze początkiem wyzwolenia. Nie prowadzi do rozpaczy, lecz do porzucenia masek. Tylko ten, kto przestaje udawać i zrzuca ciężar samozakłamania, może naprawdę pozwolić się przemienić. Bóg nie odrzuca nas z powodu naszej nędzy – przeciwnie, On jej właśnie szuka, jak ziemi spragnionej deszczu. Bo tylko sucha, spękana gleba może przyjąć wodę i na nowo stać się życiodajna.

W przypowieści o faryzeuszu i celniku Jezus nie tylko uczy nas, jak się modlić. Przede wszystkim ukazuje fundamentalną prawdę życia duchowego: zbawienie nie rodzi się z udawanej doskonałości, lecz z pokornej gotowości uznania prawdy o sobie. Tylko skruszone serce, które nie zasłania się fasadą cnotliwości, może naprawdę spotkać Boga.

piątek, 12 grudnia 2025

W cieniu oskarżeń

Mimo licznych opracowań naukowych oraz relacji świadków dokumentujących polską pomoc Żydom w czasie II wojny światowej, a także mimo ogromu ofiar, jakie naród polski poniósł w wyniku zbrodniczej polityki okupanta niemieckiego, regularnie pojawiają się nowe oskarżenia pod adresem Polaków o współudział w Holokauście.

Kilka dni temu niemiecki dziennik Frankfurter Allgemeine Zeitung opublikował artykuł, w którym otwartym tekstem stwierdzono, że Polacy „dopuścili się współwiny w prowadzonym przez Niemców Holokauście”. W podobnym duchu utrzymana jest również opublikowana przez wydawnictwo De Gruyter w Berlinie w 2024 r. książka Grzegorza Rossolińskiego-Liebe pt. Polnische Bürgermeister und der Holocaust (Polscy burmistrzowie i Holocaust), współfinansowana przez Fundację Fritza Thyssena, który – co ciekawe – sam przez długi czas był zwolennikiem Hitlera, a nawet członkiem NSDP. Autor sugeruje w niej, że polscy burmistrzowie stanowili „kluczową grupę” w nazistowskim aparacie zagłady, będąc „równorzędnymi partnerami” niemieckich zbrodniarzy. Publikacja ta spotkała się z ostrą krytyką ze strony środowisk naukowych i opinii publicznej w Polsce. W odpowiedzi na jej tezy aż 120 polskich intelektualistów wystosowało list otwarty, w którym jednoznacznie odrzucili główne wnioski książki jako fałszywe, sprzeczne z faktami historycznymi i pozbawione rzetelności badawczej.

Krytykę tę potwierdza również recenzja opublikowana przez Instytut Pamięci Narodowej (zob: https://czasopisma.ipn.gov.pl/index.php/pjs/article/view/2761/2730), wskazująca na poważne błędy metodologiczne, tendencyjne pomijanie złożonego kontekstu okupacji oraz marginalizowanie roli niemieckich władz odpowiedzialnych za Holokaust. Autor recenzji, dr Damian Sitkiewicz, napisał między innymi: „Wskazane przez autora źródła, a zwłaszcza ich kreatywna i zmanipulowana interpretacja w wielu miejscach przesiąknięta kłamstwami, zdecydowanie nie potwierdzają by polscy burmistrzowie prześladowali Żydów z własnej inicjatywy”. W innym miejscu pisze bez ogródek, że książka  Rossolińskiego-Liebe to wyjątkowo nierzetelna, wręcz „hochsztaplerska praca”: „Autor w ogóle zupełnie nie bierze pod uwagę faktu, że mieliśmy niemiecki terror.  W książce Niemcy są odsunięci na plan dalszy, prawie że nieobecni. Wedle autora to Polacy są beneficjentami większości tego procesu, który on nazywa Holokaustem”.

Nie jest to pierwszy przypadek, gdy Polacy są oskarżani o współsprawstwo Zagłady. Dziesięć lat temu podobne oskarżenia wysunął James Comey, ówczesny dyrektor FBI, który 15 kwietnia 2015 roku w przemówieniu wygłoszonym w Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie mówił o Polakach jako o „wspólnikach morderców”, twierdząc, że „ulegli nazistowskiej ideologii” i „pomagali mordować miliony”. Jego wypowiedź wywołała wówczas falę oburzenia i oficjalne protesty ze strony polskich władz.

Niestety, podobne narracje nadal pojawiają się w przestrzeni publicznej – nie tylko ze strony niektórych publicystów i polityków izraelskich czy niemieckich, ale również ze strony uznanych instytucji. Niedawno Instytut Yad Vashem opublikował na platformie X (dawniej Twitter) wpis, w którym stwierdzono, że „Polska była pierwszym krajem, w którym Żydzi zostali zmuszeni do noszenia charakterystycznego znaku w celu odizolowania ich od otaczającej ludności”. Sugestia ta całkowicie pomijała fakt, że obowiązek noszenia opasek z gwiazdą Dawida wprowadzono nie z inicjatywy polskich władz – których zresztą wówczas już nie było – lecz na mocy dekretu wydanego 29 listopada 1939 roku przez Hansa Franka, Generalnego Gubernatora okupowanej Polski.

Lista podobnych publicznych oskarżeń jest długa i stale się wydłuża. Nie sposób więc nie odczuwać głębokiej irytacji, gdy co pewien czas na forum międzynarodowym – w publicystyce, polityce, a czasem i w wypowiedziach prominentnych postaci – pojawiają się kolejne oskarżenia wobec Polaków o rzekome współsprawstwo w Zagładzie Żydów. Oskarżenia te, często oparte na fragmentarycznych narracjach i nieuprawnionych uogólnieniach, nie tylko ranią zbiorową wrażliwość naszego narodu, lecz także zniekształcają wielowarstwową i tragiczną prawdę o okupacyjnej rzeczywistości.

Historia każdego społeczeństwa zawiera w sobie światło i cień. Nie istnieje naród nieskazitelny – tak samo jak nie istnieje naród z definicji winny niemal wszystkiemu – każdej formie zła. Polska, podobnie jak inne kraje dotknięte wojną i terrorem, ma w swojej przeszłości zarówno chwile chwały, jak i momenty wstydu. Dojrzałość narodowa polega nie na wybielaniu historii, lecz na odwadze przyjęcia jej w całej prawdzie – również tej trudnej i bolesnej. Ale warunkiem takiej refleksji jest uczciwość intelektualna, proporcja osądu i empatia wobec wszystkich ofiar – a nie publicystyka, która zamiast leczyć rany, rozdrapuje je z premedytacją.

W tym kontekście nie sposób nie zauważyć, że również twórczość takich autorów jak Jan Tomasz Gross, Jan Grabowski, Michał Bilewicz czy Barbara Engelking – mimo pewnego wkładu w ożywienie debaty – bywa nacechowana narracyjnym skrótem, nieuprawnioną generalizacją, a niekiedy także sugestywnym językiem, który w odbiorze publicznym łatwo przechodzi w oskarżenie całego narodu. To zaś prowadzi do niebezpiecznego zatarcia granicy między poszukiwaniem prawdy a tworzeniem nowej, uproszczonej mitologii – tyle że tym razem obciążającej, nie oczyszczającej.

Warto przypominać – nie w duchu wybielania, lecz dla prawdy – że w Polsce, inaczej niż w większości okupowanych krajów Europy, za pomoc Żydom groziła kara śmierci. I nie była to bynajmniej kara symboliczna. Przypadek rodziny Ulmów z Markowej, bezlitośnie rozstrzelanej przez Niemców wraz z ukrywanymi Żydami, jest jedynie jednym z wielu tragicznych świadectw. Pacyfikacje wsi takich polskich jak Cisie, Rekówka, Ciepielewo czy Markuszowa pokazywały, że ceną za odwagę bywała śmierć. Mimo to Polacy podejmowali działania – indywidualne i zbiorowe – na rzecz ratowania Żydów. Przykładem tego jest powstanie Rady Pomocy Żydom „Żegota” – jedynej tego typu organizacji w okupowanej Europie.

Tysiące nazwisk Polaków (ponad siedem tysięcy, co stanowi jedną czwartą wszystkich nazwisk!) widnieje dziś w Instytucie Yad Vashem w Jerozolimie jako „Sprawiedliwi wśród Narodów Świata”. Ale za każdą znaną historią kryją się inne – anonimowe, ciche, zapomniane przez historię, lecz być może zapisane w pamięci Boga. To właśnie na tle ich poświęcenia oskarżenia o „narodową winę” brzmią szczególnie niesprawiedliwie – nie dlatego, że nie było przypadków zdrady, donosów czy innych form moralnego upadku, ale dlatego, że nie wolno ich czynić miarą całości.

Każde społeczeństwo w ekstremalnych warunkach wydobywa zarówno to, co najpiękniejsze, jak i to, co najsłabsze w ludzkiej naturze. Czy wśród Polaków byli kolaboranci, szmalcownicy, ludzie nikczemni, kierujący się zyskiem lub strachem? Owszem. Ale byli tacy w każdym narodzie. Czynić z tych jednostkowych przypadków regułę – to nie tylko błąd metodologiczny. To nade wszystko błąd moralny. To uderzenie nie tylko w fakty, ale i w pamięć o tych, którzy ocalili ludzką godność w czasach, gdy łatwiej i bezpieczniej było odwrócić wzrok. W przypadku oskarżeń wobec Polaków coraz częściej są one przykładem antypolonizmu, który tak samo zasługuje na potępienie, jak każdy przejaw antysemityzmu.

Uważam jednak, że nie służy obronie dobrego imienia naszego narodu stawianie retorycznego pytania: „Czy Żydzi byliby lepsi na naszym miejscu?”. Historia nie powinna służyć moralnemu licytowaniu się na ofiary i bohaterów.

Współczesne konflikty – również te toczące się na Bliskim Wschodzie, naznaczone cierpieniem niewinnych, krwią ofiar palestyńskich ataków terrorystycznych i brutalnością izraelskich zbrodni wojennych – boleśnie przypominają, że ludzkość wciąż nie wyciągnęła pełnej lekcji ze swoich dawnych tragedii. Żaden naród nie ma monopolu ani na ból, ani na rację moralną. Historia nieustannie uczy, że w obliczu zagrożenia czy ideologicznego zaślepienia w każdej społeczności znajdą się tacy, którzy mogą stanąć po stronie oprawców a nie ofiar.

Wszyscy jesteśmy zdolni do heroizmu, do bezinteresownego dobra, ale też do upadku, nawet do bezlitosnego bestialstwa – gdy zwycięża strach lub nienawiść. Z tej świadomości nie powinien rodzić się cynizm, lecz głęboka pokora. To właśnie ona – nie oskarżenia ani moralna wyższość – jest punktem wyjścia do autentycznego dialogu i pojednania.

Dlatego dziś, w czasach, gdy złe emocje zbyt łatwo przeradzają się w niesprawiedliwe osądy i pochopne potępienia, a pamięć historyczna bywa wykorzystywana jako narzędzie ideologicznych lub nienawistnych ataków, tym bardziej potrzebna jest odpowiedzialność – zarówno w wyważonym mówieniu o przeszłości, jak i w mądrym kształtowaniu teraźniejszości. Tylko wtedy historia może rzeczywiście pełnić swoją rolę nauczycielki życia, zamiast stawać się narzędziem dyskredytacji czy potępiających tyrad.

Wydaje się, że przykład takiej odpowiedzialnej postawy dał niedawno nowy ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce, Tome Rose, praktykujący żyd, były wydawca i dyrektor generalny The Jerusalem Post. W jednej ze swoich ostatnich wypowiedzi jasno stwierdził: „Zbyt długo ten naród obciążany był moralną skazą, która nigdy nie była jego – oszczerstwem, że Polska w jakikolwiek sposób ponosi odpowiedzialność za zbrodnie popełnione przez innych. Przez dekady Polska doświadczała głębokiej niesprawiedliwości historycznej. Przekonanie że Polska współdzieli winę za barbarzyńskie czyny dokonane przeciwko niej jest groteskowym fałszowaniem historii i w gruncie rzeczy formą "oszczerstwa krwi" wymierzonym w Polskę i Polaków”.

Pozostaje mieć nadzieję, że tak wyważone i jednoznaczne słowa przyczynią się przynajmniej do częściowego powstrzymania zapędów tych, którzy – kierując się uprzedzeniami lub politycznymi kalkulacjami – nieustannie dają upust swoim antypolskim resentymentom.

Nie ukrywam, że głęboko oburza mnie fakt, iż niektórzy z nich, formułując oskarżenia pod adresem Polaków bez widocznej troski o historyczny kontekst czy naukowy obiektywizm, czynią to... za pieniądze polskich podatników. Dla mnie osobiście to moralnie wątpliwe, i dlatego trudne do zaakceptowania.